Radio Nadzieja 103,6

Switch to desktop Register Login

Schizofreniczna profilaktyka fikcji

Opublikowano w Felieton Napisane przez

Kiedy w marcu 2012 roku łomżyńscy radni zmniejszyli z 90 do 30 metrów odległość lokali, w których sprzedaje się alkohol od tzw. miejsc chronionych (szkoła, kościół, biblioteka) wydawało się, że jest to pewien szczyt niezrozumienia misji samorządu w dziedzinie przeciwdziałania alkoholizmowi. Że jest to po prostu służba partykularnym interesom. Jako argumenty przemawiające za zmniejszeniem odległości podawano m.in. chęć ożywienia łomżyńskiej starówki czy też zwiększenie wpływów do budżetu miasta. Czyli zasadniczo treści rozrywkowo-finansowe.

Kilka tygodni temu emocje znów powróciły, kiedy na sesję Rady Miasta trafił temat koncesji. Tym razem nie odległości, lecz ilości. „Ktoś” zawnioskował o zwiększenie liczby punktów sprzedaży alkoholu o 50. Czyli o sto procent. Tym kimś nie był Pan Prezydent, jak niektórzy sugerowali, lecz prywatny koncern, który zebrał podpisy (m.in. od swoich klientów) pod wnioskiem złożonym w magistracie. Trudno się dziwić, sklep istnieje po to, ażeby zarabiać. Bardzo stanowczo w tej sprawie wypowiedział się łomżyński biskup pomocniczy Tadeusz Bronakowski – Przewodniczący Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości. Przypomniał on w swoim apelu o powinnościach samorządowców, o wielkiej szkodliwości alkoholu i odpowiedzialności szczególnie za młode pokolenie, która spoczywa na włodarzach miasta. Nie wiadomo do końca, czy słowa biskupa, czy inne argumenty przekonały radnych o czasowym odroczeniu dyskusji nad zwiększeniem dostępności alkoholu w mieście, ale na szczęście do głosowania nie doszło.

Można natomiast odnieść wrażenie, iż Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi stanowi dla niektórych odpowiedzialnych za miasto niewygodny dokument, który staje się bolesnym orężem ich alkoholowych oponentów. Bo jak wyjaśnić słowa Łukasza Czecha z łomżyńskiego magistratu, który, jak czytamy jednym z lokalnych portali,  podaje dwa „żelazne” argumenty:

lokalni przedsiębiorcy deklarują, iż przydzielenie koncesji może przyczynić się do rozwoju ich działalności i zwiększenia zatrudnienia w placówkach handlowych,

- powiększenie liczby koncesji (…) pozwoliłoby również rozwiązać problem braku dobrych, wymiernych kryteriów wyboru lokalizacji koncesyjnych (…).

Czyli kilka etatów więcej, kilka zer więcej na kontach przedsiębiorców, a także uporządkowanie koncesyjne stawia się naprzeciw oczywistemu zwiększonemu spożyciu alkoholu. I tu dodam odpowiedzialnie – również przez osoby niepełnoletnie. Bądźmy w tej sprawie realistami, dość fikcji i udawania, że alkohol piją i kupują tylko dorośli. Zdrowie i życie młodego człowieka kontra kolejny partykularny interes.

Nie trzeba być samorządowym myślicielem, żeby proste równanie uznać za prawdę: więcej punktów z alkoholem = większe spożycie. Dalece niegodziwe jest stawanie po stronie argumentów pozornych wpływów do budżetu i zwiększenia zatrudnienia, kiedy w niejednym łomżyńskim domu codziennie słychać płacz dzieci, krzywdzonych przez uzależnionych rodziców i szloch rodziców, z powodu zatraconych dzieci. Jak bardzo trzeba być zaślepionym, żeby tego nie dostrzec!

Ale przecież istnieje Gminna Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, są też programy profilaktyczne, które realizuje się na terenie miasta, aby zmiejszać „siłę rażenia” alkoholu wśród mieszkańców. I tutaj dochodzimy do sedna niniejszego tekstu – profilaktyka.

Insp. Grzegorz Jach – pełnomocnik Komendanta Głównego Policji, twórca programu profilaktyki rówieśniczej „Profilaktyka a Ty” na antenie Radia Nadzieja podziękował tym wszystkim, którzy starają się w działaniach profilaktycznych spotkać drugiego człowieka. Bo – jak twierdzi – nie ma innej drogi zapobiegania przemocy i uzależnieniom jak tylko bycie z drugim człowiekiem. To wielka praca, którą wykonują wspaniali ludzie. Ale niestety rzeczywistość działań profilaktycznych ma też swoje drugie oblicze.

(<a href=
insp. Grzegorz Jach

„Nam (dorosłym) się wydaje, że robimy profilaktykę, bo robimy i mówimy ważne rzeczy, a młodzież tego nie słucha i nie chce. I wtedy profilaktyka zaczyna kojarzyć się źle. Dzieje się tak dlatego, że nie mamy relacji z tym młodym człowiekiem. Profilaktyka potrzebuje prawdy. Chodzi o to, żeby tymi młodymi ludźmi nie manipulować. Żeby to nie było tak, że są jakieś programy profilaktyczne, które trzeba zrealizować, na które trzeba pozyskać środki, potem napisać sprawozdanie, a zatem potrzebni nam są młodzi ludzie, bo „na kimś” musimy tę profilaktykę uprawiać. Ale tak naprawdę, w tego typu przedsięwzięciach, nie chodzi o to, jakie ta młodzież ma postawy. To jest manipulacja, która pokazuje, że w profilaktyce chodzi o to, że musi się odbyć „jakieś tam” działanie. To właśnie nie jest profilaktyka – to jest antyprofilaktyka. I na to się nie zgadzam!” - mówi insp. Grzegorz Jach.

Statystyki wskazują, iż 14,5 tysiąca młodych ludzi, którzy nie mają jeszcze 19 lat, aktualnie przebywa na terapiach odwykowych od alkoholu i narkotyków. Dramatyczne są też raporty mówiące o skali samobójstw wśród młodzieży, a także o wciąż obniżającym się wieku inicjacji alkoholowej i narkotykowej.

„Uważam, że dzisiaj trzeba mówić otwarcie i nie przepraszać, że się o tym mówi. My nie mamy czasu patrzeć jak te dzieci odchodzą! I jak umierają na naszych oczach! Tu nie ma na to czasu, aby bawić się w kurtuazję pomiędzy dorosłymi. Tu trzeba mówić otwartym tekstem, że każdy kto wydaje środki finansowe na udawaną profilaktykę fikcji i ulotek, po pierwsze powinien się wstydzić, że to robi, a po drugie powinien zapytać sam siebie o własną postawę etyczną wobec tego co powinien zrobić w ramach profilaktyki, a nie zrobił. Chciałbym, żeby nikt, kto robi takie rzeczy nie spał spokojnie!” - mówi insp. Grzegorz Jach.

Trudno nie zgodzić się z tak mocnymi słowami. Jeszcze trudniej wejść z nimi w polemikę mając w ręku jedynie argument biurokratycznego porządku lub minimalnego zmniejszenia bezrobocia. Najtrudniej jest jednak spojrzeć w oczy rodzicowi, którego syn lub córka zginęli w pojeździe prowadzonym przez pijanego kierowcę. Bo piwo było zbyt dostępne, a ktoś znów „zarobił” na schizofrenicznej profilaktyce fikcji.

xtt
foto: foter.com/ www.photoblog.pl/kathrineee

www.pat.policja.gov.pl
www.profilaktykamedia.pl



logo_pampat0

Jestem księdzem co grał z Owsiakiem

Opublikowano w Felieton Napisane przez

Walka trwa. XXII Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej pomocy zbliża się, no właśnie... ku finałowi. W miastach zapadł już zmrok. Ale wolontariusze wciąż chodzą, niestrudzenie szukając osób, które jeszcze nie mają na sobie czerwonego serduszka. Czerwonego, jak ich – te prawdziwe. Czerwonego z gorąca, które daje im radość pomagania...

Bo tak to już jest z młodymi ludźmi, że chcą pomagać. I to im dedykuję ten tekst.

Pierwszy raz miałem w ręku puszkę z napisem WOŚP w 1999 roku. Puszka była „na spółę”, bo podłączyłem się do kolegi, którego imienia dziś już nie pamiętam. Ale pamiętam radość, kiedy ludzie (szczególnie po Mszy) wrzucali nam monety, czasem banknoty. I bardzo dumny byłem z siebie, kiedy po skończonym dniu oglądałem w telewizji warszawski finał Orkiestry. Można by tu napisać: „potem było już tylko gorzej...” i uśmiechnąć się ironicznie.

Kolejne trzy finały to już było coś. Byłem wtedy nieformalnym szefem sztabu w moim liceum. Przez kolejne lata gromadziliśmy zawsze ok. 100 wolontariuszy, plus osoby, którym celowo nie nadawaliśmy „numerka”, by nie „marnować” możliwości kwestowania. Więc kolejne kilkadziesiąt osób każdego roku ciężko pracowało, by ten jeden dzień przeżyć jak najlepiej. Wyszkowski WOŚP (ten „z ogólniaka”) to imprezy w trwające w kilku miejscach jednocześnie. Licytacje, koncerty, gale, drożdżówki od dobroczyńców, żeby „dzieci nie chodziły głodne”. To również pożyczony od kolegi telefon komórkowy, na ten jeden dzień. To wieczorne wyjazdy w konwoju do Warszawy, żeby tam oddać zebrane w ciągu dnia pieniądze. I ta jedna rzecz, która dziś jest cenniejsza od tego wszystkiego...

Są nią słowa jednej z wolontariuszek, która przynosiła tego dnia do sztabu kolejną puszkę wypełnioną pieniędzmi. Jej „rewirem” był niedaleko położony kościół św. Wojciecha. Kiedy skierowałem ją do pomieszczenia, gdzie wolontariusze mogli napić się gorącej herbaty i zjeść coś słodkiego powiedziała mi: Tomek, nie teraz, jeszcze jedna Msza. Będą ludzie, którzy będą chcieli wrzucić pieniądze. Nie może mnie tam zabraknąć. Te słowa brzmią mi w uszach co roku, w tę jedną Niedzielę stycznia.

Czar Wolontariatu

Zawsze z wielkim szacunkiem patrzę na wolontariuszy, którzy chodzą z kolorowymi puszkami po ulicy. Z szacunkiem, bo wiem, że to oni są bohaterami tego dnia. To jest ich dzień. Dzień, w którym pokazują, że młodzi ludzie mają piękne serca. Że nie jest im obcy los potrzebujących. To jest dzień, w którym zaprzeczają powiedzeniu: „ach, ta dzisiejsza młodzież...”. I że ufają. Ufają tym, którym oddadzą pełną puszkę pieniędzy w sztabie. Ufają, że ci oddadzą ją „wyżej”. A ci, co są wyżej, dobrze wydadzą te pieniądze. Można powiedzieć, w odniesieniu do tej Niedzieli, że jest to Festiwal Pięknych Serc.

I w tym miejscu chce bardzo mocno rozgraniczyć dwie rzeczywistości. Tych młodych ludzi i ich zapał oraz Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Festiwalowe stwierdzenie użyłem celowo wobec tych pierwszych – ludzi młodych.

Nie jestem wrogiem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie jestem też jej entuzjastą. Od licealnych dni minęło już ponad 10 lat. Z niezmiennym szacunkiem patrzę na młodzież. Ale dziś, może ktoś powiedzieć, jestem po drugiej stronie barykady. Jestem księdzem. Reprezentuję Kościół.

Kościół nie potępia...

To prawda. Kościół katolicki nie potępia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Gdyby tak było przeczytano by Państwu w dzisiejszą Niedzielę list Konferencji Episkopatu Polski nt. szkodliwego działania Wielkiej Orkiestry Jerzego Owsiaka. Co więcej, mam świadomość, że wielu księży przygotowuje salki parafialne młodym ludziom zbierającym datki, żeby mogli się ogrzać między Mszami, napić herbaty, coś zjeść. Żeby nie stali na dworze czekając na kolejne nabożeństwo. Pracując na parafii sam zapraszałem do swojego domu wolontariuszy i wracałem w opowieściach do „swoich” finałów.

Faktem jest też, że większość pieniędzy zebranych w ulicznej kweście pochodzi właśnie z podkościelnych spotkań parafian z wolontariuszami. Gdyby Kościół potępił Orkiestrę, do tych spotkań pewnie by nie doszło. Przynajmniej na terenie parafialnym.

Chcę zatem obalić argument, iż Kościół katolicki potępił WOŚP. Nie potępił, bo rzadko kiedy potępia konkretne instytucje czy akcje. Jeśli to robi, to musi to być „gruba sprawa”. Kościół się przygląda i przez swoich wiernych zadaje pytania. Owe pytania często nie dotyczą atmosfery dnia, czy też namacalnych efektów. Dotyczą serca człowieka i konsekwencji jakie przyniesie mu to czy inne dzieło.

Nie ma też jednoznacznej interpretacji czy katolikowi wolno dawać „na Owsiaka”, czy też nie wolno. Przynajmniej ja takiej wykładni nie spotkałem. W dyskusji „katolicy kontra zwolennicy” często pada wiele argumentów dotykających sfery finansowej. Przeciwnicy Orkiestry podnoszą argument źle wykorzystanych środków. Przeciwnicy przeciwników – że ci ostatni zazdroszczą i sami nic nie robią. I tak co roku. Wojna trwa.

Ksiądz, co zmienia WOŚP

Dziś jako ksiądz, patrząc na swoje orkiestrowe doświadczenia mam przeświadczenie, że gdybym mógł, to bym z pewnością zmienił kilka rzeczy w działaniu Fundacji Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Zmieniłbym kult Jerzego Owsiaka na świętowanie dobroczynności. Dlaczego? Bo kult jednostki jest zawsze zjawiskiem mocno ryzykownym. Bo taki idol (guru, wódz) ma w ręku potężne narzędzie, którym nie zawsze umie dysponować, a nawet jeśli umie, to nie zawsze robi z niego dobry użytek. Ma „rząd dusz”. Wszystkie oczy patrzą co robi, a uszy słuchają co mówi. Pamiętam ze swoich finałów, że gdzieś zawsze brzmiało nam w uszach głośne „Siema!”. Słyszymy też w telewizyjnych wejściach z regionalnych redakcji gorące powitanie „Siema Jurku, cześć Juras!”. Wielu podkreślając dobroczynne działania Orkiestry dziękuje Jerzemu Owsiakowi (i tylko jemu)za pomoc. Dla wielu jest wprost ikoną dobroczynności - idolem.

A idol ma prawo do pomyłki. Tyle, że jego pomyłka może oznaczać błądzenie milionów. Ktoś powie: „Dobre sobie, a Papież dla wiernych to nie guru?”. Odpowiedź jest przecząca. Papież jest kimś, kto jest namiestnikiem (nawet nie pełnomocnikiem, tylko namiestnikiem) Jezusa Chrystusa. I nawet Papież jest omylny. Chyba, że naucza oficjalnie w sprawach wiary i moralności. Ale tu, tak wierzymy, jest tylko przekazicielem prawdy Bożej. A zatem lepiej świętować dobroczynność i wolontariat, niż podkreślać nad wyraz jego pomysłodawcę.

Zmieniłbym też jeszcze jedną rzecz. Sposób informowania wolontariuszy o wykorzystanych środkach i działaniu Fundacji. I nie chodzi tu o sprawozdania czy zdjęcia szpitalnego sprzętu. Większość kwestorów zapytanych o sposób wydatkowania pieniędzy, które trafiają do jego puszki odpowie, że to na sprzęt do szpitali. Niektórzy dodadzą – na przystanek Woodstock. A przecież wiemy, że to tylko część prawidłowej odpowiedzi. Jestem przekonany bardzo mocno o tym, że ten, który wychodzi zbierać pieniądze na rzecz fundacji (nie tylko WOŚP) powinien zostać dokładnie poinformowany co się stanie z tymi pieniędzmi i jak działa instytucja, którą wspiera. Jeśli nie – każdorazowo jest traktowany jako maszynka do chodzenia po ulicach i zbierania pieniędzy.

I tu chcę powiedzieć, że rozumiem głębokie zakłopotanie młodych ludzi, którym się zarzuca wspieranie złych dzieł. Bo często nikt im tego nie wytłumaczył. A w konsekwencji to właśnie wolontariusz jest rozliczany przez dających i niedających z tego, że reprezentuje instytucję nie tą co trzeba. Że wspiera Woodstock, defraudacje i machlojki, sektę Hare Kriszna, albo buduje willę państwa Owsiaków (te argumenty padają najczęściej). I wtedy biedny odpowiada: „ale ja tylko na chore dzieci zbieram...”.

Wyraźne poinformowanie przez organizatorów zbiórki o sposobie działania i wydatkowania zebranych pieniędzy jest wyrazem szacunku do wolontariusza. Jeśli tego brak – lepiej w to nie wchodzić. I tu nie wystarczy powiedzieć młodym ludziom – pytajcie! Bo nie zapytają. Dlaczego? Bo ufają, albo boją się, że wyjdą przed szereg i usłyszą: „Jak to? Nam nie ufasz?”.

Jest jeszcze kilka innych spraw, może nawet w ocenie niektórych, ważniejszych. Spraw, które sprawiają, że wokół WOŚP robi się co roku zawierucha. Ale dziś chcę pozostać przy sercach młodych ludzi, o które walczy dziś naprawdę spore grono. Zarówno po jednej jak i po drugiej stronie „mocy”. To one są najbardziej narażone na nietrafny wybór, lub decyzję na tzw. „czuja”. Większe od całego splendoru i hałasu orkiestry jest to, co dzieje się w sercu młodego wolontariusza. I czy dzieje się tylko dobro. Nie oszukujmy się: od „dwójaka na Owsiaka” ważniejsze jest kształtowanie młodych serc i umysłów. Żeby byli szlachetnymi ludźmi. Żeby umieli szczerze kochać. Żeby szukali prawdy.

I jeszcze coś. Często odpowiadając na argumenty skierowane przeciw Orkiestrze odpowiada się słowami: „Ale przecież pomaga! Sprzęt jest! Zmienisz zdanie, jak będziesz musiał skorzystać!”. Dla mnie, jako księdza, ważne nie jest to czy pomaga. Tylko dlaczego i jak?

Pozwólcie, że zakończę moją parafrazą słów św. Augustyna: Kochajta i róbta co chceta!

12 stycznia 2014 r.

ks. Tomasz Trzaska

G.

To nie gwoździe...

Opublikowano w Felieton Napisane przez

Pewnego razu przy wejściu do kościoła zrobiło się bardzo głośno. Ludzie wykrzykiwali coś o obrazie, bluźnierstwie i profanacji. Do kościoła weszła prostytutka. Gdy z zakrystii wybiegł ksiądz obronił tę kobietę i zaprosił do zakrystii. Kiedy zapytał ją, czemu przyszła właśnie teraz to kościoła, odpowiedziała, że gdy stała tak na dworze i czekała na klientów zaczął padać śnieg. I obsypał ją całą. I przypomniała sobie wtedy, jak pięknie była ubrana w dniu I Komunii Świętej. „Proszę księdza, ja… ja chciałam się wyspowiadać”. Było to w Kościele Wszystkich Świętych w Warszawie. Tym księdzem był ksiądz Jan Twardowski.

Gdy piszę te słowa, w tle słyszę pieśń „Golgoto, Golgoto” w wykonaniu Beaty Bednarz. „To nie ludzie Cię przybili, lecz mój grzech…”. Przed chwilą zaczęła się Wielka Środa. Pojutrze Wielki Piątek. Gdy miałem około 6 lat byłem z rodziną na Mszy świętej w par. św. Wojciecha w Wyszkowie. Pośród dekoracji wielkopostnych zobaczyłem rysunek. Było na nim tylko widać ramię krzyża. I przybitą do niego dłoń. Z podpisem „to nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Ktoś powie, że to zwykła „dekoracja”, nawet niezbyt wyszukana. Do dziś pamiętam, że pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po wejściu do domu, była próba skopiowania obrazu, który zapadł mi pamięć. I to wszystko razem też zapadło w pamięć. Na ponad 20 lat. Do dziś, gdy słyszę tę pieśń, przypomina mi się mimowolnie ten obraz, i kaplica, której już nie ma i słowa. I zawsze bardzo mocno je przeżywam.

Kilka dni temu przeczytałem w Internecie słowa: Boże, co Ty im zrobiłeś, że Cię tak nienawidzą? I miałem ochotę napisać na ten temat felieton. O tym, jak bardzo świat znienawidził Boga. Teraz się zastanawiam po co taki felieton? Żeby pokazać jak Bóg jest sam na tym świecie? Jak bardzo jest niekochany?

Jesteśmy (używając liczby mnogiej świadomie nie wyłączam w tym siebie) często jak ta prostytutka, która codziennie świadomie odrzucała Boga. I On doskonale wiedział jak bardzo potrzebuje ona Jego. Grzech blokuje nas na zawołanie do Boga: Uratuj mnie! Już nie chcę tak więcej! Błagam! Ona też nie zawołała. Więc Bóg przywołał w jej sercu to, co było czystym (tak, czystym!) pięknem. Doświadczeniem czystości przy I Komunii. Kiedy odpowiadała <<Amen>> na słowa <<Ciało Chrystusa>> nawet przez myśl jej nie przeszło, że jej własne ciało stanie się towarem. Była nieskazitelna. To moment, który się pamięta na całe życie.  I tu nie chodzi o tę konkretną prostytutkę. My też mamy w swoim sercu doświadczenia czystości i świętości, podczas których mówiliśmy Jezusowi, jak Piotr, że nigdy się go nie wyprzemy. I naprawdę chcieliśmy tak żyć. A potem raz, drugi, trzeci. Potem odwlekanie spowiedzi i grzech za grzechem. Bóg przecież odpuści.

Jezus powiedział <<Wystarczy Ci mojej łaski, moc bowiem w słabości się doskonali>>. Mój niemy krzyk do Boga: Uratuj mnie! jest okazją, w której On może mi powiedzieć: "Nareszcie mogę pokazać ci sens Krzyża Mojego Syna!". Żebym zrozumiał, że ze swojego grzechu mogę się wspiąć po pionowej belce Krzyża. Wspiąć się do Jezusa i powiedzieć: Teraz rozumiem. Ja… ja chcę się wyspowiadać… Ja ksiądz. 

ks. T.

Jezus w sandałach (bez skarpet)

Opublikowano w Felieton Napisane przez

Długo chodziłem pośród tych „watykańskich” wydarzeń i myślałem o czym powinien być kolejny felieton. Chciałoby się napisać o tym, co widziałem tutaj podczas sede vacante i pierwszych dni nowego pontyfikatu. Ale z drugiej strony pomyślałem, że przecież już tak wiele napisano i ciężko znaleźć coś, co  przykuje uwagę czytelnika. Przecież każdy z nas ma swoją własną „historię” wyboru papieża. Każdy gdzieś był w tym czasie, każdy coś robił i każdy był zaskoczony, że to właśnie kard. Jorge Bergolio… Więc będzie o czymś innym, ale podobnym.

      Wracając z placu św. Piotra po Mszy św. inaugurującej pontyfikat Papieża Franciszka, pośród morza ludzi, zauważyłem nastoletniego, pewnie już dorosłego chłopaka. Przeciętny gość, ale szedł starając się zwrócić na siebie uwagę. Nie wprost, ale przez swój styl „macho” (chociaż teraz, to może już tak się nie mówi). W pierwszej chwili pomyślałem: „W takim miejscu, po takim wydarzeniu, to mógłby sobie darować”. Ale zaraz potem trochę zrobiło mi się go żal. Bo gość z pewnością bardzo wartościowy, mający wiele dobrych cech (nawet jeśli nie wybitnych to na pewno dobrych) musi się stylizować na przeciętny styl „macho”, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jaki był tego marszu skutek? Zapewne taki jaki i mojego czy tysięcy innych ludzi – doszedł spokojnie do metra i wrócił do domu, czy też spotkał się ze znajomymi. Więc skąd u mnie ten smutek?

      Ten gość (dla ułatwienie nazwijmy go Pietro, bo obok placu Apostoła go spotkałem) wpadł zapewne w sidła tego, co nazywamy modą, czy może teraz bardziej byciem trendy. Nawet trochę słów brakuje, aby wyjaśnić o co chodzi. Więc po prostu opiszę to zjawisko chociaż domyślam się, że i tak wiedzą Państwo o co mi chodzi. Otóż zjawiskiem, o którym myślę jest „moda klonów”. I sądzę, że nie chodzi tutaj o sam sposób ubierania, ale również życia czy formułowania sądów. Dziennikarze często nazywają to zjawisko mainstreamem, czyli po prostu głównym nurtem. Podam kilka przykładów i od razu przepraszam za krzywdzące, z pewnością, uogólnienia. 

Wszedłem kiedyś do jednego ze sklepów z odzieżą dla młodzieży i nie tylko. Szukałem spodni. Pani odpowiada – nie mamy „normalnych” spodni, tylko rurki. Tak będzie najbliższe dwa sezony. No cóż, idę dalej, kolejna pani mówi to samo. Po kilku próbach poddałem się. Kupiłem klasyczne – tzw. kanty, w sklepie z garniturami.

Kolejnym razem chciałem kupić buty – na lato – czyli sandały. Pomyślałem z uśmiechem, kupię od razu skarpety, bo jak to sandały bez skarpet? Pani odpowiada: Mamy tylko japonki. Ja: Ale japonki to są dla dziewczyn. Pani: taka teraz moda. Po kilku próbach kupiłem klasyczne sandały w sklepie z tanim obuwiem. Były tylko tam.

Zatem jedną z tych mejnstrimowych przestrzeni jest moda – musimy wyglądać tak samo. Jak klony. Ktoś tak wymyślił (a na marginesie - mówi się, iż kreatorami mody są hmm… stali bywalcy „Błękitnej Ostrygi”). Albo ubierasz się jak my, albo nie jesteś trendy! (Przypominam w/w klauzulę o uogólnieniach).

Innym stylem jest oczywiście sposób bycia. Weźmy dla przykładu, oklepane już nieco, zjawisko leminga. Lemingi żyją w wielkich miastach (proszę sobie teraz wyobrazić głos Krystyny Czubówny z programu „Cudowna Planeta”), gromadzą się w mniejszych lub większych skupiskach w ogólnodostępnych pijalniach amerykańskiej kawy. Jadają „gnoczczi”, piją „ekspresso lub maczjato”, a rozchodząc się wypijają wspólnie „modżajto”. Boją się „kaczafiego”, a prawie całe swoje życie spędzają w „korpo” dyskutując nt. związków partnerskich i „przeklętego ciemnogrodu” (przypominam w/w klauzulę).

Wróćmy zatem do naszego nowego kolegi o imieniu Pietro. Co łączy klony, lemingi i Piotra? Otóż jakaś forma tożsamości grupowej. W grupie trochę raźniej. Trzymając styl grupy nie narażę się na wytykanie palcem i śmiech. Nie muszę też martwić się o swój styl. „Ustrój” mi go zapewni. Matko! Nie martw się o wychowanie swoich dzieci. Polska Ludowa zrobi to za ciebie lepiej! Nie jest (wspólny styl) niczym szczególnie złym. Po prostu odrobinę „miażdży” indywidualizm. Tak sądzę.

I dochodzimy do puenty. Gdyby Pietro, klony i lemingi doświadczyły tego, co znaczą słowa pewnego mężczyzny po trzydziestce, chodzącego w sandałach bez skarpet 2000 lat temu: „Poznajcie Prawdę, a Prawda was wyzwoli” byłoby im prościej przeżywać swoją indywidualność i grupowość zarazem. Nie tylko im. Nam wszystkim. Bo nie ma nic złego w noszeniu takich, czy innych ubrań, słuchania Możdżera albo Biebera, czytania Nędzników czy Władcy Pierścieni. To są elementy naszego życia. Ale Jezus chce, żebyśmy doświadczyli „prawdziwej prawdy” o sobie. O co chodzi z tym pleonazmem?

Pietro jest uosobieniem trochę każdego z nas. Chcemy w życiu być zauważeni, docenieni, pochwaleni. Lubimy mieć dobry piar, nie lubimy jak się nas obmawia. Nasze grzechy i słabości chowamy gdzieś w sercu, naszymi sukcesami dzielimy się z bliskimi, bo lubimy gdy nas ktoś doceni. Tacy jesteśmy. Kiedyś słyszałem rozmowę dwóch kleryków. Jeden z nich mówi: Pokora to uznanie prawdy o sobie. Zapytał ten drugi: Czyli jak jestem piękny, to powinienem to przyznać? Na co pierwszy odpowiada: Jeżeli jesteś piękny, to tak, ale lepiej, żebyś się upewnił.

        Chodzi, Drodzy Państwo, o to, żeby zobaczyć siebie takimi jakimi jesteśmy. Dokładnie i prawdziwie. Dobrze jest wiedzieć jakie są moje słabości. Z czym sobie nie radzę, gdzie najczęściej wpadam w grzech. Ale trzeba też wiedzieć to, że jestem bardzo wartościowy, bardzo kochany, piękny i dobry. Że nie urodziłem się zły, niepotrzebny. Że są ludzie, dla których jestem całym światem. Że warto wstawać z grzechu, bo warto być czystym. Że jeśli jestem wolny od grzechu to jestem święty. I piękny. I prawdziwie wolny. Nie jestem niewolnikiem grzechu. Nie muszę bać się, że ktoś mnie zdemaskuje, że ktoś pozna mój grzech, moją słabość, że ją wyśmieje. A nawet jeśli, to spójrzmy co mówi św. Paweł: Mam upodobanie w moich słabościach (…). Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny (2 list do Koryntian). Mówi to facet, który walczył przeciw przyjaciołom Jezusa. Kiedy się nawrócił, zobaczył, że gdyby nie doświadczył słabości, nie doświadczyłby też swojej wartości. Bóg mu ją pokazał.

       A zatem szukajmy Prawdy o nas samych. Bóg nie chce, byśmy byli przed Nim swoimi własnymi pijarowcami. Jeśli doświadczysz jak jesteś ważny, potrzebny i piękny – wtedy nie przeszkodzi Ci w byciu prawdziwym chodzenie na ekspresso w japonkach i skarpetach. Nawet jeśli nie wiesz co to gnoczczi czy korpo.

Ja też szukam Prawdy. Na obrazku prymicyjnym napisałem takie słowa: <<[Pan] mi powiedział: „Wystarczy Ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9)

Szczęść Boże!

Ks. Tomek

www.facebook.pl/xFilo

A - Amnezja cd.

Opublikowano w Felieton Napisane przez

Drodzy Państwo!

Tak jak mówiłem tydzień temu, chce troszkę uporządkować te rozważania i jak zawsze jako człowiek prosty w myśleniu użyłem najprostszego kwalifikatora podziału, a więc podziału alfabetycznego. Zaczęliśmy od literki „a” od słowa „amnezja”. Amnezja jako zapomnienie, jako czarna dziura w pamięci. Mówiłem o takiej amnezji w życiu prywatnym, że ona się zdarza.

Dziś chciałem powiedzieć o amnezji w życiu społecznym. Mamy ciągle taki spór w Polsce, w naszym społeczeństwie, o to czy rozliczono u nas przeszłość komunistyczną. Czy rozliczono u nas tych, którzy byli u władzy. A przecież Kościół głosi zawsze pojednanie, Kościół głosi zawsze przebaczenie. Pierwsza rzecz – czy trzeba zapomnieć o tym co ktoś robił, kim był kiedyś? Otóż drodzy Państwo – nie wolno zapomnieć. Nie wolno nam zapomnieć o tym co się wydarzyło. Czysta ludzka (zdroworozsądkowa) mądrość mówi, że jeśli Twój syn odwalił jakiś numer, oszukał Cię w jakiejś sprawie, to potem trzeba być cały czas ostrożnym. Można mu dawać fory, można mu dawać pewną dozę zaufania, ale już trzeba pamiętać o tym, że on oszukał, bo jak on raz oszukał to może potem znowu oszukać. Dlatego głupi rodzic, który zapomina o tym i nie chce widzieć tego, co się dzieje.

Drodzy Państwo, czymś ludzkim jest upaść. Dlatego mamy teraz do czynienia z taka walką. Jedne środowiska na siłę chcą rozdrapywać przeszłość i rozliczać, a drugie środowiska jakby chcą tą przeszłość odciąć - „jej nie ma, budujemy piękną Polskę”. Budowanie pięknej polski z ludźmi, którzy byli uwikłani w poprzedni system jest niemożliwe. Dlaczego? Dlatego, że Ci ludzie są skażeni kłamstwem, a na kłamstwie nie da się nic zbudować. To tak jak bym zakładał firmę z kimś kto mnie wcześniej okradł. Tylko idiota idzie i buduje z tym przez kogo został okradziony. Jest coś takiego „kundlowskiego” w tej nieprawdzie. Dlatego, że jak ktoś mnie wcześniej okradł, do tego się nie przyznał, nie przeprosił, to znowu nas okradnie. Czyli rzecz nie w tym, żeby na siłę nie przebaczać. Nie. Przebaczać można. Tylko przebaczać można temu kto się przyznaje do popełnionego grzechu. Stąd chrześcijańskie przebaczenie nigdy nie jest budowane na kłamstwie. Chrześcijańskie przebaczenie nigdy nie wchodzi przed prawdę, ono zawsze domaga się prawdy: „wiem co zrobiłeś, ale przebaczam Ci”. Zapominam o tym, chociaż w sercu zostaje ta świadomość. Jak spojrzymy na proces wychowania dzieci, to mądrzy rodzice są Ci, którzy pamiętają okres wychowania swoich dzieci. Oni pamiętają jak dzieci funkcjonowały: które było jasne czytelne, które było bardziej zagmatwane. Mądry rodzic o tym pamięta i jakby rejestruje w swoim twardym dysku. Oczywiście on zawsze przychodzi z przebaczeniem, z otwartością. Nie wolno dziecku powiedzieć: „nie ma sprawy, ukradłeś mi sto złotych, zapomnijmy”. Tak nie wolno. Trzeba powiedzieć: „synku, ukradłeś sto złotych, dlaczego to zrobiłeś?” Jeśli on powie: „tato, więcej tego nie zrobię, przepraszam Cię”. Ojciec powie: „No dobra, masz u mnie cart blanche, zaczynasz od nowa”. Ale mądry ojciec pamięta i drugi raz kontroluje.

Stąd drodzy Państwo, to wzywanie środowisk lewicowych do takiej amnezji, do likwidacji np. IPN-u, ono jest takie troszkę chore. To takie bazowanie na kłamstwie, że nie ważne kto kim był, ważne kim jest teraz. Nie, bez prawdy, ktoś kto żył w kłamstwie dalej będzie żył w kłamstwie, nawet gdyby dzisiaj był w pierwszych ławkach w kościele i z biskupem był na „Ty”.

 

Szczęść Boże!

ks. Adam Jabłoński

16.11.2012


Ks. Adam Jabłoński - kapelan więzienia w Czerwonym Borze. Prowadzi również ośrodek dla bezdomnych „Przystanek w drodze”. Co tydzień, na antenie Radia Nadzieja 103,6 fm prowadzi audycje: 

Dumka na dwa serca - piątek 15:20 / Ewangelia zza krat - niedziela 15:30

Chcesz skontaktować się z autorem? Skomentować Felieton? Wejdź na FB:

http://www.facebook.com/Felieton

A - Amnezja

Opublikowano w Felieton Napisane przez

Już dłuższy czas udzielam się na antenie Radia Nadzieja i pomyślałem, że przyszedł czas, żeby to jakoś zebrać. Najprościej to według jakiegoś ładu który już od dawien dawna jest ustanowiony. Ja pomyślałem, że tym ładem będzie alfabet.

Pierwsza literka alfabetu to literka „A” i pierwsze słowo, które chciałem dzisiaj przypomnieć to jest słowo „amnezja”.

Amnezja oznacza niepamięć, albo inaczej – dziurę w pamięci. O niektórych ludziach mówi się o absolutnej amnezji, czyli, że zapominają kim są, skąd się pojawili w danym miejscu. Chciałem powiedzieć o amnezji, którą obserwuję często u ludzi, jako obserwator stojący troszeczkę na uboczu życia. Amnezja jest niebezpieczna, tzn. człowiek dotknięty amnezją, oczywiście w sensie duchowym, w zasadzie przestaje pamiętać kim jest, a stara się być kimś kim na pewno być nie powinien.

Jeśli przyjrzycie się państwo naszym elitom politycznym, to są to ludzie w większości dotknięci amnezją, bo to są często proste chłopaki i proste dziewczyny, które naprawdę niczym się nie wyróżniali w swoim otoczeniu, może poza większymi ambicjami. Potem, kiedy wejdą do tej elity, stają się jakby osobami z innego świata.

Miałem okazję obejrzeć wesele Oli Kwaśniewskiej, córki Pana Prezydenta. Popatrzyłem na tych ludzi, na tych wszystkich wielkich polskiego świata. Przecież większość tych biznesmenów to są ludzie, którzy handlowali na straganach kasetami wideo albo przemycali papierosy. Pan Aleksander Kwaśniewski, szef lewicy, człowiek który walczył o ideały lewicowe, a wesele jego córki było jakby weselem córki samozwańczego prezydenta w jakimś tam dzikim kraju, czyli pełen lans i pełen fajans. Ludzi Ci często zapominali kim są, skąd wyszli, a graja kogoś kim nie są. Podobnie dzieje się na niższym szczeblu. Miałem okazję uczestniczyć na takich niższych, urzędniczych rautach. One zaczynają się o Polsce, o przyszłości kraju, o wierności ideałom, a kończą skakaniem przez ognisko po pijanemu.

Takich akcji jest bardzo wiele, wystarczy włączyć telewizor zobaczymy, że masa ludzi którzy tam są to prości ludzie, wyrwani od pługa granatem, a zgrywający kogoś - kim nie są. Ja czasami dostrzegam wśród moich braci w kapłaństwie tych, którzy jak pamiętam mieli problem czytaniem i pisaniem, a dzisiaj robią kariery naukowe zupełnie bez żadnych zahamowań. Uważają siebie za naukowców chociaż wcale nimi nie są i pewnie nigdy nie będą, bo niepomni są swoich ograniczeń, które po prostu istnieją.

Czy ta amnezja jest groźna? Powiedziałem na początku, że ona jest groźna. Jest bardzo groźna, bo człowiek dotknięty amnezją, stara się być kimś kim w ogóle nie powinien starać się być. Będzie udawał kogoś kim zupełnie nie jest i do czego nie ma powołania. Ale posłużę się tu takim przykładem który ostatnio mnie natchnął myślowo. Jeszcze raz przeczytałem powieść „Folwark zwierzęcy” - G. Orwella. W skrócie – zwierzęta zbuntowały się przeciwko swojemu właścicielowi, i wygoniły go - przejęły ster. Oczywiście, najszybciej w nowych warunkach odnalazły się świnie, które przejęły ster całego kombinatu. Zresztą z marnym skutkiem dla zwierząt, ale dla siebie z wyśmienitym. Hasło naczelne, które dominowało w tym kombinacie po rewolucji było „cztery nogi dobrze, dwie nogi źle”. Po jakimś czasie świniom się znudziło to życie w ten sposób więc zaczęły zamiast słomy spać na łóżkach. Mówiąc, że wcale nie chcą naśladować ludzi. Po jakimś czasie zaczęły sobie przypinać wstążki tak jak kiedyś widziały u ludzi. Później, te najważniejsze wśród świń, szefostwo, zaczęło się ubierać jak ludzie. Później o zgrozo zaprzeczyły tym swoim pierwotnym tym swoim pierwotnym hasłom rewolucyjnym i świnie zaczęły chodzić na dwóch nogach. Paradowały mówiąc, że hasło zmieniły, że „cztery nogi dobrze, ale dwie nogi lepiej”. Jak kończy się ta powieść? Powieść kończy się rautem. W dworku bawią się świnie, świetnie czujące się w garniturach, i ludzie z którymi świnie robią biznesy kosztem innych zwierząt w folwarku.

Drodzy Państwo! Ci, którzy są na tym raucie powoli zatracają poczucie kim są, tzn. gubią swoją tożsamość, świnia staje się człowiekiem, człowiek staje się świnią. Ale są jeszcze Ci na zewnątrz. Na zewnątrz zwierzęta patrzą i przecież one wiedzą kto jest świnia a kto człowiek. Ja powiem tak – zachęcam Państwa żebyście zostali na zewnątrz, ja też zostałem na zewnątrz, bo bycie na zewnątrz to świadomość własnych ograniczeń, ja jestem świadomy mego miejsca w szeregu. Jest jeszcze jedno. Stojąc na zewnątrz tego dworku ja tak naprawdę widzę co się dzieje wewnątrz i ja wiem kto jest ubrany, a kto jest tylko przebrany.

Szczęść Boże!

ks. Adam Jabłoński

09.11.2012

 

Ks. Adam Jabłoński - kapelan więzienia w Czerwonym Borze. Prowadzi również ośrodek dla bezdomnych „Przystanek w drodze”. Co tydzień, na antenie Radia Nadzieja 103,6 fm prowadzi audycje: 
Dumka na dwa serca - piątek 15:20 / Ewangelia zza krat - niedziela 15:30

Chcesz skontaktować się z autorem? Skomentować Felieton? Wejdź na FB:

http://www.facebook.com/Felieton

Co to znaczy bronić wiary?

Opublikowano w Felieton Napisane przez

Szanowni Państwo!

Nie można nie zauważyć medialnego ataku na Kościół. Zauważalna jest taka myśl. Być może Janusz Palikot to rozpoczął… A poza tym w polityce co pewien czas takie resentymenty antykatolickie odżywają. Zresztą to jest zawsze dobry temat, żeby zrobić taka delikatną wojenkę, albo odwrócić uwagę od innych spraw. Ale ja chciałem powiedzieć o czymś bliskim temu, ale troszkę z innej strony.

posłuchaj felietonu: 

Kochani, co znaczy dzisiaj bronić wiary?

Otóż trzeba sobie zdać sprawę, że sytuacja tylko werbalnego bronienia wiary, takiego pokazywania, że chodzę do kościoła jest istotna. To jest jakiś przykład. Ale to nie jest przykład, który pociąga. Nam trzeba troszkę innego rodzaju wiary. Trzeba nam pełnego rodzaju wiary. A pełne życie wiarą w naszej rzeczywistości, jak ja odkrywam, to jest zmiana stylu życia. To jest zupełnie inne podejście do tego, co jest na tym świecie. I tu ja bym się posłużył takim zwrotem bardzo istotnym, który święty Paweł użył: „miłość nadaje sens wszystkiemu”.

Kochani… o co tu chodzi?

Chodzi o to, że każdy z nas powinien przemyśleć to jak żyje, jak pracuje, przemyśleć swoje obowiązki wobec swoich najbliższych, czy wobec parafii, wobec gminy i państwa, w którym żyje. Przemyśleć to znaczy podjąć pewne zobowiązania. Bo bycie chrześcijaninem dziś nie polega na tym, żeby mieć gębę pełną frazesów, różnych banałów, czy krzyku: „wszędzie brońmy krzyża!”. To nie tak! Krzyż się sam obroni! A żarliwi obrońcy tylko mu w tym przeszkadzają.

Nam potrzeba dzisiaj światłych katolików. A światły katolik to ktoś taki, kogo każdą minutę życia przenika Bóg. A to znaczy, ni mniej ni więcej, tylko to, że prawdziwe chrześcijaństwo objawia się w wiernym dźwiganiu swego krzyża. A wierne dźwiganie swego krzyża to podjęcie swoich obowiązków; rzetelnie, uczciwie, niezależnie czy światu się to podoba, czy nie. I dlatego nam trzeba ludzi wiary którzy są autentyczni, którzy w pracy postępują uczciwie, choć może nie zawsze są dobrze wynagradzani. Są uczciwi wobec swoich przełożonych, są jaśni i rzetelni w relacjach wzajemnych w pracy, są bardzo czytelni w rozliczeniach finansowych (nawet jeśli nie zawsze się da). To wywiązać się z obowiązków, które spoczywają na nas jako na obywatelach. Są bardzo czytelni też w pomocy ubogim, są bardzo czytelni w relacjach rodzinnych. Takiego typu chrześcijan nam potrzeba. Krzykaczy mamy już wystarczająco. Nam potrzeba ludzi autentycznych. Bo wiele razy Ci, którzy krzyczą, tylko ośmieszają Jezusa. A tak naprawdę wierne wypełnienie swoich obowiązków to jest chyba najbardziej istotne powołanie. Kardynał Wyszyński zwracał na to uwagę. Mówił: „zwróćcie uwagę na pracowitość, przyjrzyjcie się czy dobrze czas wykorzystujecie” – to jest właśnie istotne.

To kochani trzeba na nowo przywołać. Ja kiedyś poszukam tych fragmentów kazania Kardynała Wyszyńskiego i tu na antenie przeczytam. On nam przypomina o tym co jest istotne, że trzeba dobrze wypełnić czas, który nam Bóg powierza na tej ziemi. To wołanie „czyńcie sobie ziemię poddaną” ono jest ciągle aktualne. Więcej robi gorliwy kapłan, który może nie krzyczy w kościele o Polsce, o Ojczyźnie, o jakichś tam innych rzeczach, ale swoją codziennością pokazuje wiernym pokazuje to co głosi. Podobnie ojciec i matka, i nauczyciel, i sprzedawca w sklepie, i dziennikarz, i sklepikarz, i sprzątaczka, i kierowca w autobusie. Jeśli przyjdą przykłady nasze, to wtedy można też słowami krzyczeć. Jak to mówił chyba Sienkiewicz – „słowa nie powinny być większe od czynów”. Bardzo istotne zdanie, Kochani. Za nami powinny stać nasze czyny.

Szczęść Boże!

ks. Adam Jabłoński

Ks. Adam Jabłoński - kapelan więzienia w Czerwonym Borze. Prowadzi również ośrodek dla bezdomnych „Przystanek w drodze”. Co tydzień, na antenie Radia Nadzieja 103,6 fm prowadzi audycje: Popołudniowe espresso - czwartek 14:14 / Dumka na dwa serca - piątek 15:20 / Ewangelia zza krat - niedziela 15:30

Chcesz skontaktować się z autorem? Skomentować Felieton? Wejdź na FB:

http://www.facebook.com/Felieton

CEM SpesMediaGroup

Top Desktop version