Radio Nadzieja 103,6

Switch to desktop Register Login

Jestem księdzem co grał z Owsiakiem

Walka trwa. XXII Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej pomocy zbliża się, no właśnie... ku finałowi. W miastach zapadł już zmrok. Ale wolontariusze wciąż chodzą, niestrudzenie szukając osób, które jeszcze nie mają na sobie czerwonego serduszka. Czerwonego, jak ich – te prawdziwe. Czerwonego z gorąca, które daje im radość pomagania...

Bo tak to już jest z młodymi ludźmi, że chcą pomagać. I to im dedykuję ten tekst.

Pierwszy raz miałem w ręku puszkę z napisem WOŚP w 1999 roku. Puszka była „na spółę”, bo podłączyłem się do kolegi, którego imienia dziś już nie pamiętam. Ale pamiętam radość, kiedy ludzie (szczególnie po Mszy) wrzucali nam monety, czasem banknoty. I bardzo dumny byłem z siebie, kiedy po skończonym dniu oglądałem w telewizji warszawski finał Orkiestry. Można by tu napisać: „potem było już tylko gorzej...” i uśmiechnąć się ironicznie.

Kolejne trzy finały to już było coś. Byłem wtedy nieformalnym szefem sztabu w moim liceum. Przez kolejne lata gromadziliśmy zawsze ok. 100 wolontariuszy, plus osoby, którym celowo nie nadawaliśmy „numerka”, by nie „marnować” możliwości kwestowania. Więc kolejne kilkadziesiąt osób każdego roku ciężko pracowało, by ten jeden dzień przeżyć jak najlepiej. Wyszkowski WOŚP (ten „z ogólniaka”) to imprezy w trwające w kilku miejscach jednocześnie. Licytacje, koncerty, gale, drożdżówki od dobroczyńców, żeby „dzieci nie chodziły głodne”. To również pożyczony od kolegi telefon komórkowy, na ten jeden dzień. To wieczorne wyjazdy w konwoju do Warszawy, żeby tam oddać zebrane w ciągu dnia pieniądze. I ta jedna rzecz, która dziś jest cenniejsza od tego wszystkiego...

Są nią słowa jednej z wolontariuszek, która przynosiła tego dnia do sztabu kolejną puszkę wypełnioną pieniędzmi. Jej „rewirem” był niedaleko położony kościół św. Wojciecha. Kiedy skierowałem ją do pomieszczenia, gdzie wolontariusze mogli napić się gorącej herbaty i zjeść coś słodkiego powiedziała mi: Tomek, nie teraz, jeszcze jedna Msza. Będą ludzie, którzy będą chcieli wrzucić pieniądze. Nie może mnie tam zabraknąć. Te słowa brzmią mi w uszach co roku, w tę jedną Niedzielę stycznia.

Czar Wolontariatu

Zawsze z wielkim szacunkiem patrzę na wolontariuszy, którzy chodzą z kolorowymi puszkami po ulicy. Z szacunkiem, bo wiem, że to oni są bohaterami tego dnia. To jest ich dzień. Dzień, w którym pokazują, że młodzi ludzie mają piękne serca. Że nie jest im obcy los potrzebujących. To jest dzień, w którym zaprzeczają powiedzeniu: „ach, ta dzisiejsza młodzież...”. I że ufają. Ufają tym, którym oddadzą pełną puszkę pieniędzy w sztabie. Ufają, że ci oddadzą ją „wyżej”. A ci, co są wyżej, dobrze wydadzą te pieniądze. Można powiedzieć, w odniesieniu do tej Niedzieli, że jest to Festiwal Pięknych Serc.

I w tym miejscu chce bardzo mocno rozgraniczyć dwie rzeczywistości. Tych młodych ludzi i ich zapał oraz Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Festiwalowe stwierdzenie użyłem celowo wobec tych pierwszych – ludzi młodych.

Nie jestem wrogiem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie jestem też jej entuzjastą. Od licealnych dni minęło już ponad 10 lat. Z niezmiennym szacunkiem patrzę na młodzież. Ale dziś, może ktoś powiedzieć, jestem po drugiej stronie barykady. Jestem księdzem. Reprezentuję Kościół.

Kościół nie potępia...

To prawda. Kościół katolicki nie potępia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Gdyby tak było przeczytano by Państwu w dzisiejszą Niedzielę list Konferencji Episkopatu Polski nt. szkodliwego działania Wielkiej Orkiestry Jerzego Owsiaka. Co więcej, mam świadomość, że wielu księży przygotowuje salki parafialne młodym ludziom zbierającym datki, żeby mogli się ogrzać między Mszami, napić herbaty, coś zjeść. Żeby nie stali na dworze czekając na kolejne nabożeństwo. Pracując na parafii sam zapraszałem do swojego domu wolontariuszy i wracałem w opowieściach do „swoich” finałów.

Faktem jest też, że większość pieniędzy zebranych w ulicznej kweście pochodzi właśnie z podkościelnych spotkań parafian z wolontariuszami. Gdyby Kościół potępił Orkiestrę, do tych spotkań pewnie by nie doszło. Przynajmniej na terenie parafialnym.

Chcę zatem obalić argument, iż Kościół katolicki potępił WOŚP. Nie potępił, bo rzadko kiedy potępia konkretne instytucje czy akcje. Jeśli to robi, to musi to być „gruba sprawa”. Kościół się przygląda i przez swoich wiernych zadaje pytania. Owe pytania często nie dotyczą atmosfery dnia, czy też namacalnych efektów. Dotyczą serca człowieka i konsekwencji jakie przyniesie mu to czy inne dzieło.

Nie ma też jednoznacznej interpretacji czy katolikowi wolno dawać „na Owsiaka”, czy też nie wolno. Przynajmniej ja takiej wykładni nie spotkałem. W dyskusji „katolicy kontra zwolennicy” często pada wiele argumentów dotykających sfery finansowej. Przeciwnicy Orkiestry podnoszą argument źle wykorzystanych środków. Przeciwnicy przeciwników – że ci ostatni zazdroszczą i sami nic nie robią. I tak co roku. Wojna trwa.

Ksiądz, co zmienia WOŚP

Dziś jako ksiądz, patrząc na swoje orkiestrowe doświadczenia mam przeświadczenie, że gdybym mógł, to bym z pewnością zmienił kilka rzeczy w działaniu Fundacji Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Zmieniłbym kult Jerzego Owsiaka na świętowanie dobroczynności. Dlaczego? Bo kult jednostki jest zawsze zjawiskiem mocno ryzykownym. Bo taki idol (guru, wódz) ma w ręku potężne narzędzie, którym nie zawsze umie dysponować, a nawet jeśli umie, to nie zawsze robi z niego dobry użytek. Ma „rząd dusz”. Wszystkie oczy patrzą co robi, a uszy słuchają co mówi. Pamiętam ze swoich finałów, że gdzieś zawsze brzmiało nam w uszach głośne „Siema!”. Słyszymy też w telewizyjnych wejściach z regionalnych redakcji gorące powitanie „Siema Jurku, cześć Juras!”. Wielu podkreślając dobroczynne działania Orkiestry dziękuje Jerzemu Owsiakowi (i tylko jemu)za pomoc. Dla wielu jest wprost ikoną dobroczynności - idolem.

A idol ma prawo do pomyłki. Tyle, że jego pomyłka może oznaczać błądzenie milionów. Ktoś powie: „Dobre sobie, a Papież dla wiernych to nie guru?”. Odpowiedź jest przecząca. Papież jest kimś, kto jest namiestnikiem (nawet nie pełnomocnikiem, tylko namiestnikiem) Jezusa Chrystusa. I nawet Papież jest omylny. Chyba, że naucza oficjalnie w sprawach wiary i moralności. Ale tu, tak wierzymy, jest tylko przekazicielem prawdy Bożej. A zatem lepiej świętować dobroczynność i wolontariat, niż podkreślać nad wyraz jego pomysłodawcę.

Zmieniłbym też jeszcze jedną rzecz. Sposób informowania wolontariuszy o wykorzystanych środkach i działaniu Fundacji. I nie chodzi tu o sprawozdania czy zdjęcia szpitalnego sprzętu. Większość kwestorów zapytanych o sposób wydatkowania pieniędzy, które trafiają do jego puszki odpowie, że to na sprzęt do szpitali. Niektórzy dodadzą – na przystanek Woodstock. A przecież wiemy, że to tylko część prawidłowej odpowiedzi. Jestem przekonany bardzo mocno o tym, że ten, który wychodzi zbierać pieniądze na rzecz fundacji (nie tylko WOŚP) powinien zostać dokładnie poinformowany co się stanie z tymi pieniędzmi i jak działa instytucja, którą wspiera. Jeśli nie – każdorazowo jest traktowany jako maszynka do chodzenia po ulicach i zbierania pieniędzy.

I tu chcę powiedzieć, że rozumiem głębokie zakłopotanie młodych ludzi, którym się zarzuca wspieranie złych dzieł. Bo często nikt im tego nie wytłumaczył. A w konsekwencji to właśnie wolontariusz jest rozliczany przez dających i niedających z tego, że reprezentuje instytucję nie tą co trzeba. Że wspiera Woodstock, defraudacje i machlojki, sektę Hare Kriszna, albo buduje willę państwa Owsiaków (te argumenty padają najczęściej). I wtedy biedny odpowiada: „ale ja tylko na chore dzieci zbieram...”.

Wyraźne poinformowanie przez organizatorów zbiórki o sposobie działania i wydatkowania zebranych pieniędzy jest wyrazem szacunku do wolontariusza. Jeśli tego brak – lepiej w to nie wchodzić. I tu nie wystarczy powiedzieć młodym ludziom – pytajcie! Bo nie zapytają. Dlaczego? Bo ufają, albo boją się, że wyjdą przed szereg i usłyszą: „Jak to? Nam nie ufasz?”.

Jest jeszcze kilka innych spraw, może nawet w ocenie niektórych, ważniejszych. Spraw, które sprawiają, że wokół WOŚP robi się co roku zawierucha. Ale dziś chcę pozostać przy sercach młodych ludzi, o które walczy dziś naprawdę spore grono. Zarówno po jednej jak i po drugiej stronie „mocy”. To one są najbardziej narażone na nietrafny wybór, lub decyzję na tzw. „czuja”. Większe od całego splendoru i hałasu orkiestry jest to, co dzieje się w sercu młodego wolontariusza. I czy dzieje się tylko dobro. Nie oszukujmy się: od „dwójaka na Owsiaka” ważniejsze jest kształtowanie młodych serc i umysłów. Żeby byli szlachetnymi ludźmi. Żeby umieli szczerze kochać. Żeby szukali prawdy.

I jeszcze coś. Często odpowiadając na argumenty skierowane przeciw Orkiestrze odpowiada się słowami: „Ale przecież pomaga! Sprzęt jest! Zmienisz zdanie, jak będziesz musiał skorzystać!”. Dla mnie, jako księdza, ważne nie jest to czy pomaga. Tylko dlaczego i jak?

Pozwólcie, że zakończę moją parafrazą słów św. Augustyna: Kochajta i róbta co chceta!

12 stycznia 2014 r.

ks. Tomasz Trzaska

G.

CEM SpesMediaGroup

Top Desktop version