Pożegnanie z Franciszkiem (5)
Kontynuujemy prezentację książki papieża Franciszka (współautor to Carlo Musso), zatytułowanej „Nadzieja. Autobiografia”.
Rozdział jedenasty. Jest 21 września 1953 roku (Jorge Mario ma wtedy 17 lat), na południowej półkuli początek wiosny: „Przechodząc obok kościoła św. Józefa, poczułem, jakby ktoś mnie wołał, poczułem się ponaglony, by wejść do środka. Było to bardzo silne i niespotykane uczucie, które wzbudziło we mnie pewną obawę. Jeśli nie posłucham, to może coś mi się stanie… Wszedłem więc, spojrzałem w głąb długiej nawy bazyliki, w kierunku ołtarza i zobaczyłem zbliżającego się do mnie księdza. Nie znałem go i nigdy wcześniej nie widziałem, mimo że zwykle w niedzielę chodziłem na mszę właśnie do tego kościoła. Poczułem, że muszę się wyspowiadać. Ksiądz usiadł w konfesjonale, ostatnim na lewo od ołtarza. Zbliżyłem się. Nie potrafię opisać tego, co potem się wydarzyło. Oczywiście wyznałem grzechy, a ksiądz potraktował mnie z pełną miłości łagodnością… Ale to nie wszystko. Wyszedłem z kościoła całkowicie odmieniony, ze świadomością, że na pewno zostanę księdzem. Taka ewentualność przyszła mi do głowy już wcześniej, w kolegium salezjanów, ale było to niewiele więcej niż młodzieńczy kaprys”.
Rozdział dwunasty. Sytuacja w Argentynie w trakcie tzw. guerra sucia (brudna wojna), czyli brutalne represjonowanie przeciwników politycznych, także duchownych (lata 1976-1982).
Rozdział trzynasty. Jorge Mario przekazuje matce informację, że zostanie duchownym. „-Najpierw skończ studia, a potem zdecydujesz, co dalej – powiedziała. Nie było to spięcie, a szczera i otwarta konfrontacja. Matka obstawała przy swoim. Nie odprowadziła mnie do diecezjalnego seminarium ani nie była obecna na moich obłóczynach”. „Z ojcem poszło łatwiej. Powiedział, że jeśli naprawdę sądzę, że taka jest moja droga, to on będzie szczęśliwy”. Jorge Mario wstąpił do seminarium diecezjalnego w Villa Devoto na początku 1956 roku. Rok później wybuchła epidemia azjatyckiej grypy, która spowodowała miliony zgonów na całym świecie. Jorge Mario został zabrany do szpitala w stanie bardzo poważnym, potem nastąpiła rekonwalescencja w domu. W październiku miał operację usunięcia trzech dużych torbieli w płucach i wówczas także usunięto mu „fragment prawego górnego płata płuca”. Nastąpiła zmiana decyzji odnośnie do realizacji powołania: „Wstąpię do Towarzystwa Jezusowego”. 11 marca 1958 roku był już w nowicjacie jezuickim w Cordobie, tym razem odprowadzony na dworzec przez rodziców.
Rozdział czternasty. Juniorat w Chile i powrót w 1961 roku do Argentyny na studia filozoficzne; licencjat z filozofii w 1963 roku.
Rozdział piętnasty. Studia z teologii w Santa Fe i nauczanie w szkole średniej chłopców literatury, historii sztuki i psychologii. Niespełnione pragnienie udania sią na misje do Japonii (brak zgody przełożonych). „Po dwóch latach pracy w Santa Fe, w 1966 roku wróciłem do Buenos Aires jako prefekt studentów czwartego roku i nauczyciel literatury i psychologii w Colegio del Salvador. Od 1967 roku przez trzy lata studiowałem teologię w Colegio Maximo. W 1971 roku uzyskałem licencjat. (…) W 1970 roku zostałem wysłany do Hiszpanii (…) na trzecią probację. (…) Ostatnie, czwarte, śluby wieczyste złożyłem 22 kwietnia 1973 roku w San Miguel, kiedy byłem już mistrzem nowicjatu. Zaledwie trzy miesiące później, 31 lipca 1973 roku, zostałem przełożonym prowincjalnym Zakonu. Miałem trzydzieści sześć lat i w Argentynie byłem na tym stanowisku najmłodszy. Często mówiłem, że ta nominacja to szaleństwo”.
Rozdział szesnasty. Okoliczności święceń kapłańskich przyjętych 13 grudnia 1969 roku. „Naprawdę trudno mi opisać emocje, jakie przeżywałem tamtego dnia. Po prostu zastygłem z wrażenia (…). Na moje święcenia przyjechała cała rodzina. Wszyscy, którzy jeszcze żyli: matka, babka, bracia, siostry, szwagrowie, wujowie, nawet moja nauczycielka”.
Rozdział siedemnasty. Fascynujące szczegóły konklawe z 2013 roku (materiał na oddzielny felieton, za tydzień).
Od rozdziału osiemnastego do dwudziestego piątego. Okres posługi papieskiej (2013-2025). „Dla nas, chrześcijan, przyszłość ma imię. Przyszłość nazywa się nadzieja. Mieć nadzieję to nie znaczy być naiwnym optymistą, ignorującym ludzkie zło. Nadzieja to cnota serca, które nie zamyka się w ciemności, nie zatrzymuje się na tym, co było wczoraj, by dziś tylko wegetować, i wie, jak rozumieć przyszłość. Jako chrześcijanie powinniśmy być zarazem radośni i pełni niepokoju. (…) Idźcie naprzód z czułością i odwagą… Moja historia to ledwie jeden krok”.
Książka znakomita, o dużych walorach literackich, dogłębnie szczera. Dzięki niej rozmaite puzzle posługi papieskiej Ojca Świętego Franciszka same układają się w harmonijną całość. Niech teraz spoczywa w pokoju! Buona Pasqua eterna!
Z Bogiem!
(Hope)









