Wydarzenie, z którym związane jest święto Ofiarowania Pańskiego, opisane jest u św. Łukasza w rozdziale 2., wersety 22-38. Starzec Symeon rozpoznaje w Dziecięciu Józefa i Maryi oczekiwanego Mesjasza Pańskiego, bo dzieli to oczekiwanie z resztą Izraela. Ono samo (oczekiwanie) nie pozwalało jednak dojrzeć w Niemowlęciu Jezus obiecanego Mesjasza. Judasz, tak jak Symeon, nosił w swoim sercu gorące pragnienie spełnienia się obietnicy Mesjańskiej, a jednak w dorosłym już Jezusie nie dostrzegł obiecanego Zbawcy. Starzec Symeon to człowiek prawy i pobożny. Można zapytać, czy Symeon był prawy dlatego, że charakteryzowała go pobożność, czy było odwrotnie, tj., że był pobożny, bo jego życie było prawe? Niby nic, ale to „niby” czyni zasadniczą różnicę, gdyż owa druga możliwość (był pobożny, bo był prawy) jest postawą faryzejską, która z tak mocnym sprzeciwem spotkała się ze strony głoszącego o Sobie Dobrą Nowinę Jezusa. Symeon jest więc człowiekiem prawym, który posłuszeństwo Prawu opiera na pobożności. Zapewne nie on jeden w takiej postawie oczekiwał pocieszenia Izraela. Było jednak coś, co absolutnie odróżniało go od pozostałych prawych i pobożnych Żydów: „Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego” (Łk 2, 25).Wyjątek stanowi tu prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach (Łk 2,36). Ona również przybyła na tę chwilę do świątyni Jerozolimskiej, „sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy” (Łk 2,38). Tak więc to Duch Święty ostatecznie pozwala człowiekowi ujrzeć Bożą rzeczywistość.
Wielu z katolików nie wie nawet, jakie święto Kościół obchodzi 2 lutego, i nie chodzi tu o to, że ci katolicy nie praktykują, ani nawet o przedstawiony im wybór poprawnej nazwy między Ofiarowaniem Pańskim a Gromniczną, ale o wskazanie przez nas wydarzeń, których pamiątkę celebrujemy. Ilu z uczestniczących w liturgii Objawienia Pańskiego przychodzi w postawie człowieka prawego, jak niegdyś Symeon? Pewnie wszyscy chcielibyśmy tak o sobie powiedzieć, wszak sumienie niczego nam nie wyrzuca, bo wymogi naszego życia moralnego opisane formułą pacierza mają certyfikat rozgrzeszenia w niedawnym sakramencie pokuty i pojednania. Tyle że prawość, to nie brak rzeczy i czynów złych, na co zazwyczaj zwracamy uwagę przy spowiedzi, a przede wszystkim czyny miłości. A z tym jest różnie, poczynając od utyskiwania na datki na tacę, przez zagrożenie pandemiczne kolędą, po niewygodę kolejnej akcji charytatywnej Caritasu, bo o odwiedzinach zamkniętych w więzieniu to nie ma mowy, bo co ludzie powiedzą, zaś wizyta u chorej sąsiadki, czy nie będzie mieszaniem się w czyjeś sprawy itd. Nasza, na szczęście z licznymi wyjątkami, prawość jest rozpisana na minimalistycznym legalizmie.
A jak jest z naszą religijnością, pomijając zastraszające statystyki przejścia młodych katolików ze statusu praktykujących regularnie do praktykujących okazjonalnie bądź wcale? Niektórym wystarczy sama obecność na liturgii, by czuć satysfakcję spełnienia się jako osoba religijna. Papież Benedykt XVI przestrzegał nas: „Prawo Boże pozostaje, ale nie jest już sprawą najważniejszą, zasadą życia, staje się raczej zewnętrzną powłoką, przykryciem, podczas gdy życie idzie innymi drogami, według innych reguł, kieruje się często egoistycznymi interesami indywidualnymi i grupowymi”. Dlatego nieco dalej wyjaśnia: „Religia to życie w słuchaniu Boga, aby pełnić Jego wolę” (Benedykt XVI, Fałszywa religijność jest niebezpieczna). Tak więc religijność oprócz praktyk religijnych to życie prawem Bożym ze względu na Boga i bliźniego. Tak więc człowiek religijny jest zarazem człowiekiem prawym. Na nic modły, jak człowiek nadal w sercu podły! Sprawę religijności jasno i klarownie przedstawia św. Jakub: „Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca jest taka: opiekować się sierotami i wdowami w ich utrapieniach i zachować siebie samego nieskażonym wpływami świata” (Jk 1,27).
Jest jednak jeszcze coś, co samo w sobie stanowi w scenie Ofiarowania „świadectwo” widzenia świata Bożymi oczyma – kantyk Symeona (śpiew duszy unoszonej skrzydłami wiary i miłości). „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (Łk 2, 29-32). Oczywiście nie zawsze i nie w każdym przypadku następuje tak spektakularne natchnienie Ducha Świętego, jak w wydarzeniu na 40 dzień po Bożym Narodzeniu. Inaczej mielibyśmy nawet pozytywizm obłożony wzniosłą (mistyczną) poezją religijną. W Liście do Rzymian czytamy: „Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!». Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi” (8, 14-16). W kontekście tej cytacji z listu Pawłowego papież Franciszek służy nam swoim powołaniem pasterskim, dopowiadając: „To właśnie jest cenny dar, jaki Duch Święty wnosi w nasze serca: życie samego Boga, życie prawdziwych dzieci, relacja zaufania, wolności i ufności w miłości i miłosierdziu Boga, którego skutkiem jest także nowe spojrzenie na innych, bliskich i dalekich, zawsze postrzeganych jako bracia i siostry w Jezusie, których trzeba szanować i kochać”.
Przy wszystkich poruszeniach i natchnieniach Ducha Świętego musimy pamiętać o choćby minimalnym ryzyku fideizmu czy irracjonalizmu, czy modernizmu, by własnych emocji i pragnień, marzeń nie wziąć za dane z góry, od samego Boga. Dobry duchowy słuch jest niezbędny, ale nie na tyle, by uniemożliwiał nam rozwój duchowy. Nasze lęki o postęp na drodze do doskonałości, świętości pochodzą stąd, że zbyt wiele ufamy sobie, a zbyt mało Bogu. Jak wykonamy mały krok ku Bogu, rozpiera nas radość i duma. Szybko jednak się okazuje, że niewielka, jeśli w ogóle jakaś, w tym nasza zasługa, bo napierające trudności i nasza słabość cofają nas do miejsca, z którego wyszliśmy. I wtedy jasno widzimy, że w Nim jedyna nadzieja naszego postępu, tyle że budzą się w nas wątpliwości i lęki, czy Bóg mnie i moją słabość widzi, a jeśli tak, to czy mnie zauważy i zechce przyjść z pomocą, bo kimże ja jestem, o czym chwile wcześniej przekonałem się, upadając we własną słabość. Święty Piotr też był pewien swojej wiary, był bowiem tak blisko Jezusa, który dał mu na dodatek prymat między Dwunastoma, jednak już na jeziorze, wobec nadciągającej fali, przekonał się, że bez darowanej mu przez Zbawiciela łaski, jego wiara jest wmawianiem sobie dobrych intencji, a nie życiem jego duszy. Trzeba przejść doświadczenie opuszczenia, by wejść w życie łaski. Zresztą sama nadzieja, że Bóg mnie nie zostawi po przegranym zmaganiu z grzechem czy/i własną słabością, jest również darem Bożym, a nie akceptacją określonej prawdy teologicznej, chociaż jej oczywiście nie wyklucza, a nawet zakłada. Żyjemy więc w świecie daru Bożego i wszystko mamy na własność, albo wszystko bierzemy za swoją własność i… nici z daru Bożego.
Zbigniew Krajewski









