Łomża 103,6 fm | Ostrołęka 93,9 fm | Grajewo 93,8 fm

Wiara: Ostatnie pożegnanie o. Jana Bońkowskiego. „Niezwykły kapłan”

Ramówka
Facebook
Twitter
Darowizna

Przedstawiciele lokalnych władz, harcerze, społecznicy i setki zwykłych mieszkańców Łomży i okolic pożegnało we wtorek (11.08) kapucyna, ojca Jana Bońkowskiego. Zmarły w ubiegłą środę (05.08) zakonnik, po mszy świętej pogrzebowej w Kościele Ojców Kapucynów, której przewodniczył biskup Janusz Stepnowski, spoczął w Grobowcu Kapucynów na Starym Cmentarzu przy ulicy Kopernika. 

Ojciec Jan był absolutnie wyjątkowym człowiekiem – ocenił starosta łomżyński Lech Szabłowski.

– Można by się zastanawiać nad tym, czy można tak pięknie przeżyć całe swoje życie, jednocześnie znosząc tyle trudów. Ale nigdy, pewnie jak inni znający ojca Jana, nie spotkałem się z taką sytuacją, żeby na cokolwiek narzekał. Tyle przeżył tutaj w Łomży w czasie II wojny światowej, podczas ciężkiej i niebezpiecznej posługi na Białorusi, ale również w trudnych czasach powojennych w Polsce. Użyję sformułowania, że dzisiaj można już patrzeć na ojca Jana jak na osobę świętą za życia – podkreślił samorządowiec.

O patriotycznym zaangażowaniu zakonnika mówiła prezes łomżyńskiego oddziału Związku Sybiraków Danuta Komorowska.

– Wspaniały człowiek i niezwykły kapłan. Zawsze utożsamiał się z Sybirakami, ponieważ podczas pełnienia posługi kapłańskiej na Białorusi również doświadczył represji. Później zawsze szedł z nami w Marszu Pamięci Sybiru, modlił się z nami… To wielka strata dla nas, dla naszego całego oddziału… Chciałam właśnie w imieniu Sybiraków Go pożegnać i mam nadzieję, że zawsze będzie z nami szedł Marszu Pamięci Sybiru z Sybirakami, którzy już przekroczyli próg Nieba – zaznaczyła.

Wciąż ciężko uwierzyć, że nie zobaczymy już ojca Jana na ulicach Łomży – podkreślił wiceprezes Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej Wawrzyniec Kłosiński.

– To był człowiek, który był właściwie na każde zawołanie dla Towarzystwa. Szczególnie wspominam taką Jego gorliwość i ciągłą bezinteresowną gotowość do pracy, kiedy co roku, 15 lipca, odwiedzaliśmy groby pomordowanych w Jeziorku. Ojciec Jan zawsze ze święconą wodą, z kropidłem wsiadał z nami do samochodu, jechał przewodniczył modlitwie. Ostatnio, w tamtym roku, nawet napisał na tę okoliczność specjalną modlitwę. Bardzo wzruszającą, która ogarniała nie tylko pomordowanych, ale również ich najbliższych, także mieszkańców Łomży – wspominał.

Ojciec Jan Bońkowski odszedł w wieku 88 lat. Przez niemal siedem dekad należał do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, a przez 59 lat pełnił posługę kapłańską. Był harcmistrzem Związku Harcerstwa Polskiego. W 2019 roku otrzymał tytuł Łomżyńskiego Społecznika Roku.

Znaczną część swojej posługi pełnił na Białorusi, gdzie pracował wśród Polaków i wspierał rozwój polskiego harcerstwa.

Homilię podczas mszy pogrzebowej wygłosił o. Andrzej Derdziuk. Poniżej jej tekst:

„Słuchając słowa Bożego podczas liturgii pogrzebowej, oczekujemy orędzia Dobrej Nowiny, które potwierdza niewzruszoną nadzieję życia wiecznego oraz umacnia w znoszeniu bólu rozstania z bliskimi. Zarazem czytania dobrane do uroczystości pogrzebowej mogą w jakiś sposób zostać zilustrowane i swoiście potwierdzone przez postawę zmarłego. Tak jest i w tym przypadku, gdy żegnając kapucyńskiego zakonnika, brata Jana, druha Huragana, słuchamy słowa o Bożej miłości, od której nic nas nie może odłączyć. Wnikając zaś w opis Męki Pańskiej, widzimy Pana Jezusa doznającego śmierci, do końca solidarnego ze swoim ludem. Jak do niewiast śpieszących do grobu dociera do nas wieść o Zmartwychwstaniu Pana i Jego zwycięstwie nad śmiercią. W świetle tych słów można określić br. Jana mianem świadka Boga rzeczy niemożliwych.

Nie ma bowiem możliwości odłączenia nas od miłości Boga, to jest od Jego umiłowania nas, ponieważ z miłości do nas wszedł w otchłań śmierci i jest z nami, by nas wydobyć do życia w tajemnicy zmartwychwstania. Tak też dla ludzi, którzy miłują Boga i odpowiadają na Jego miłość, zdaje się nie być rzeczy niemożliwych. Takim niezłomnym świadkiem niezwyciężonej siły miłości był o. Jan Bońkowski. Urodzony 26 kwietnia 1938 roku w Łomży w rodzinie Jana i Józefy z domu Kneć, przeżył 88 lat w dość dobrym zdrowiu, choć zawsze był słabowity. Tak praktycznie po ludzku to owocne życie nie miało prawa się ziścić. Młody chłopiec, który oglądał grupę łomżyńskich Żydów pędzonych na eksterminację, mógł sam zginąć, gdyby jego pobożna matka nie odsunęła go od okna. Mógł też stracić życie, gdy podczas niemieckich nalotów wraz z rodziną ukrywał się w podziemiach Szpitala Świętego Ducha przy ul. Wiejskiej.

Potem był świadkiem nadzwyczajnej interwencji biskupa Łukomskiego, który swoimi prośbami uratował od wysadzenia łomżyńską katedrę i kościół kapucynów. Ten sam biskup potem go bierzmował. Edukację Bońkowskiego w szkole można określić pasmem prób i porażek, które prowadziły Janka przez Łomżę i Łódź, gdzie chodził do oratorium salezjańskiego. W sumie uczęszczał co najmniej do sześciu różnych szkół. Bezpośrednim przygotowaniem do zakonu było niższe seminarium w Nowym Mieście nad Pilicą. Poddany opiece ukochanej siostry Wandy, heroicznej pielęgniarki, nie mógł być na jej pogrzebie, gdyż pracował na Białorusi i mógł nie otrzymać pozwolenia na powrót do placówki misyjnej. Byłem świadkiem jej ostatniej drogi do szpitala w Lublinie.

Gdy zachwycony postaciami kapucynów w Łomży, gdzie od dziecka był ministrantem, Janek wstąpił w 1955 roku do zakonu braci mniejszych, nie mógł przypuszczać, że jego formacja do kapłaństwa będzie trwała 12 lat, i udało się to tylko dzięki nadzwyczajnej interwencji komisarza generalnego, o. Archanioła Brzezińskiego, który mimo sprzeciwu przełożonych, wysłał go do Sędziszowa w Prowincji Krakowskiej i tam młody Bońkowski ukończył seminarium. Mimo tak trudnej drogi studiów, o. Jan był autorem kilkunastu książek i broszur oraz niezliczonych artykułów i tekstów okolicznościowych oraz prowadził dwa biuletyny harcerskie, które miały po kilkadziesiąt numerów.

Po przyjęciu święceń prezbiteratu 24 czerwca 1967 roku pracował w Lublinie, Łomży, Krynicy Morskiej, Gorzowie Wielkopolskim, Zakroczymiu, Serpelicach, Lubartowie, Rywałdzie i Orchówku. Pełnił różne obowiązki w klasztorach oraz pracował w duszpasterstwie parafialnym. Posługiwał między innymi jako katecheta, duszpasterz ministrantów, ekonom oraz przełożony wspólnot zakonnych. Wyrazem zaufania władz prowincji było powierzenie mu w latach 1976-1979 posługi socjusza nowicjatu w Zakroczymiu. Uczył nowicjuszy ascetyki i liturgiki. Był gwardianem i proboszczem w Serpelicach w latach 1979-1982. Tylko o. Jan potrafił być wikarym klasztoru w Krynicy Morskiej i rezydować w Warszawie. Wielu braci nazywało go Markiem, bo był aktywny do późna w nocy i potrafił z zapałem rozmawiać, a raczej opowiadać swoje niekończące się historie, jeśli znalazł cierpliwego słuchacza.

Kiedy w 1951 w Lesie Jednaczewskim składał przysięgę harcerską, nie przypuszczał, że jej ewangelicznych i patriotycznych treści będzie musiał bronić przed władzami komunistycznymi w Polsce i na Białorusi. Jako harcerz włączał się w wychowanie młodego pokolenia w duchu wiary, odpowiedzialności, służby i miłości do Ojczyzny.

Cudem jest to, że ten brawurowy kierowca nie zginął w wypadku drogowym, choć miał ku temu wiele okazji. Kiedy 9 października 1989 roku przybył na Białoruś, pierwszą jego placówką był Słonim, gdzie wcześniej miałem okazję być jego poprzednikiem, pracując tam od kwietnia tego roku. Najpierw spał w zakrystii, a podczas mojego pobytu podczas świąt Bożego Narodzenia, mieliśmy obok siebie łóżka za szafą i br. Jan budził mnie szarpaniem za ramię, gdy zasypiając, przestawałem słuchać jego barwnych opowieści. Został duszpasterzem w Sielawiczach w kościele, który święciłem po otwarciu go do użytku 1 maja 1989 roku, gdyż nie było wówczas w całym kraju żadnego biskupa. Potem duszpasterzował w Międzyrzeczy (Miżiricze), gdzie spędził prawie dwadzieścia lat swej posługi na Białorusi. Nie złamały go pożary domu, trudności w dojazdach do placówek i samotność. Tam zetknął się z postacią męczennika za wiarę i polskość, ks. harcmistrza Tomasza Kalińskiego, którego pomnik odnowił i pielęgnował jego pamięć. Podobnie przyczynił się do odnowienia pamięci Tadeusza Kościuszki w miejscu pobytu bohatera narodowego.

Przez dwie dekady był dla Polaków na Białorusi duchowym przewodnikiem, obrońcą pamięci i niezłomnym kapelanem harcerstwa. Mimo sprzeciwu władz państwowych, reaktywował Związek Harcerstwa Polskiego na Białorusi, towarzyszył młodzieży w obozach, rekolekcjach, spotkaniach, redagował harcerskie pismo „Bogu i Ojczyźnie”, współpracował z prawosławnymi, odnawiał zapomniane groby, uczył historii i odwagi. Był też odpowiedzialny za duszpasterstwo katechetyczne w diecezji grodzieńskiej oraz za duszpasterstwo Franciszkańskiego Zakonu Świeckich.

Od 2009 musiał powrócić do Polski, gdyż jego gorliwa działalność była solą w oku białoruskich władz państwowych. Najpierw zamieszkał w klasztorze w Zakroczymiu, a ostatnie 16 lat spędził w klasztorze łomżyńskim. Pomimo zawansowanych lat pełnił posługę kapelana hospicjum, kapelana Hufca Nadnarwiańskiego ZHP im. Adama Chętnika w Łomży oraz otaczał duszpasterską troską chorych w parafii. Miał trudności ze słuchem, ale był empatycznie wyczulony na to, czego potrzeba innym.

Mimo iż sam wyznał, że nie od razu cenił o. Honorata Koźmińskiego, w trudnościach uciekał się do pomocy bł. Współbrata i uzyskiwał skuteczną pomoc. Także za jego przyczyną wypraszał łaski, szczególnie w kwestii poczęcia nowego życia w rodzinach, które cierpiały z powodu niepłodności. Propagował postaci sług Bożych Kaliksta Kłoczki i Jacka Krawczyka. Choć łączenie rodu Kłoczków z Międzyrzecza z tymi z Różanegostoku było wątpliwe historycznie.

W pośmiertnych wspomnieniach wyrażono wiele ciepłych słów o tym przyjacielu, świadku pamięci, mądrym pedagogu i niezmordowanym duszpasterzu. Zauważono, że o. Jan Bońkowski był kapłanem, który nie szukał zaszczytów. Był harcerzem, który nie bał się prawdy. Był człowiekiem, który nie przechodził obojętnie obok ludzkiego cierpienia. Zostawił po sobie nie tylko książki, wspomnienia i fotografie. Zostawił przede wszystkim ludzi, których nauczył kochać Polskę, pamiętać o przeszłości, żyć uczciwie i odważnie. Napisano o nim: „W pseudonimie Huragan kryło się coś charakterystycznego: bojowego, porywczego, gwałtownego, z czym próbował trochę mierzyć się przez mijające nieustępliwie dekady, ale i tak polemiczna natura brała zwykle górę, toteż podniesiony mocny głos, roztańczone w gestykulacji ręce i rozwichrzone włosy brody i na głowie przypominały, że bogobojny braciszek to także żywioły: emocji i intelektu”.

Za wieloletnią działalność duszpasterską, społeczną i harcerską, został uhonorowany licznymi odznaczeniami i wyróżnieniami, między innymi Złotym Medalem Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, odznaczeniem za zasługi dla rozwoju harcerstwa na Białorusi, nagrodą w kategorii Łomżyński Społecznik Roku 2019, Krzyżem Niezłomnych za działalność harcerską na Białorusi oraz Brązowym Krzyżem Zasługi za całokształt działalności harcerskiej. Został również uhonorowany przez papieża Benedykta XVI odznaczeniem Pro Ecclesia et Pontifice.

Pozostawił po sobie świadectwo wieloletniej, gorliwej służby Kościołowi, Zakonowi i ludziom, którym przez dziesięciolecia służył jako kapłan, zakonnik, wychowawca i harcerz. Nade wszystko był świadkiem, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Głęboko wierząc w Zmartwychwstanie, współdziałał z łaską żyjącego Chrystusa i nie dał się odłączyć od miłości Bożej. Walcząc z wieloma przeciwnościami, nie poddał się siłom zła, które chciały go zatrzymać. Pozwalał innym wierzyć, że mogą więcej. Podobnie jak wtedy, gdy szybko odmawiającego psalmy w chórze ojca Jana braci prosili: „Czy możemy odmawiać wolniej?”, z prostotą odpowiedział: „Możecie!” i nadal recytował w swoim tempie. Ufamy, że teraz włączony w społeczność odkupionych, może nadal pomagać, tym, których ukochał. My zaś doświadczający jego służby, zanośmy pokorne prośby do Miłosiernego Boga za Jego sługę, który świadczył o miłości, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Amen”

Autor P.M.

2026-08-11

Więcej informacji z tej kategorii

Radio Nadzieja Odtwarzanie zatrzymane