Łomża 103,6 fm | Ostrołęka 93,9 fm | Grajewo 93,8 fm

Felieton: Z nadzieją na koniec tygodnia (22)

Ramówka
Facebook
Twitter
Darowizna

Rozległ się gwizd lokomotywy    

Myśląc o cudach w Lourdes, nie sposób pominąć postaci, która z nimi jest także wyraźnie kojarzona. To Alexis Carrel (1873-1944), francuski lekarz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii (1912).

Urodził się w Saint-Foy koło Lyonu, w rodzinie mieszczańskiej, i został wychowany w duchu katolickim, przyjmując w wieku 12 lat Komunię Świętą. W 1890 roku rozpoczął studia medyczne na Uniwersytecie w Lyonie, uzyskując w 1901 roku stopień doktora. Jednakże w tym samym czasie utracił wiarę wyniesioną z domu rodzinnego. W takim właśnie stanie ducha udaje się pociągiem z grupą chorych pielgrzymów do Lourdes. I tutaj jest świadkiem cudownego uzdrowienia Marii Bailly. Rok później emigruje do Kanady, a potem na długie lata wiąże się zawodowo z Instytutem Badań Medycznych Rockefellera w Nowym Jorku. W 1910 roku staje się świadkiem jeszcze jednego cudownego uzdrowienia w Lourdes, a mianowicie niewidomego półtorarocznego chłopca. Jego matkę sam poślubi w 1913 roku w jednym z paryskich kościołów. W latach 1930-35 pisze swoją najbardziej filozoficzną książkę pod tytułem Człowiek istota nieznana. Przez jakiś czas podziela niekatolickie poglądy na niektóre kwestie z eugeniki. Przed śmiercią przyjmuje sakramenty święte, wypowiadając się w ostatnich latach także sporo o modlitwie. W ten sposób zakończyło się nie tylko jego życie ziemskie, ale także długa podróż duchowa do Boga.

Alexis Carrell najbardziej znany jest jednak z książki Le voyage de LourdesPodróż do Lourdes (II wydanie polskie: Wrocław 2018). Stanowi ona jego świadectwo dotyczące uzdrowienia wspomnianej Marii Bailly, aczkolwiek on w tej publikacji występuje pod nazwiskiem Lerrac (odwrócone nazwisko właściwe), a uzdrowiona jako Ferrand. Ta 50-stronicowa książeczka zaczyna się słowami: „Rozległ się gwizd lokomotywy” (s. 17). W domyśle: wraz z tą pielgrzymką pociągiem do Lourdes rozpoczął się długoletni proces powrotu Carrela do wiary katolickiej. Cud będzie tylko znaczącym impulsem i dodatkowym katalizatorem… A ten „gwizd lokomotywy” oznacza wyraz zaciekawienia badawczego Carrela na progu pielgrzymki do sanktuarium: „Jeśli zatem w Lourdes zachodzą jakieś zjawiska nadprzyrodzone – jak to nam podają pobożne kroniki – cóż łatwiejszego, jak zbadać je bezstronnie i bez uprzedzeń, podobnie jakby się badało chorego w szpitalu lub dokonywało doświadczeń laboratoryjnych” (s. 19).

W trakcie podróży Carrel został poproszony przez księdza o zrobienie zastrzyku z morfiny właśnie Marii Bailly (Ferrand). Jej stan oceniał jako niedobry, a nawet pogarszający się. Pielęgniarka opowiedziała mu historię choroby: „Od siedemnastego roku życia Maria kaszlała i pluła krwią. Mając lat osiemnaście, zapadła na zapalenie opłucnej z wysiękami. Wypuszczono wtedy z jednego jej boku dwa i pół litra płynu. Stan jej potem nieco się poprawił, ale była nadal chora. Po jakimś czasie musiała nawet iść do szpitala w N., gdyż brzuch jej zaczął twardnieć i dostała gorączki. Badający ją lekarz stwierdził zapalenie otrzewnej na tle gruźliczym. W parę miesięcy później odesłano ją do szpitala św. Józefa, gdzie miała być poddana operacji. Jednakże naczelny chirurg orzekł, że stan ogólny chorej jest niebezpieczny i nie chciał brać na siebie odpowiedzialności za operację. Zawiadomiono wtedy rodzinę, że dla Marii nie ma ratunku i odesłano dziewczynę z powrotem do szpitala w N. Maria tak bardzo nalegała, żeby pojechać do Lourdes, że w końcu władze szpitalne zezwoliły jej na odbycie pielgrzymki” (s. 28).

Carrel bada chorą także w samym Lourdes: „Jest w stanie ostatecznego wycieńczenia. Serce już ledwo bije. (…) Już nie pożyje długo – najwyżej kilka dni, ale jej los jest przesądzony” (s. 47). Inni lekarze diagnozują podobnie: „To już agonia” (s. 47). Tymczasem natarto Marię „wodą ze Źródła” (s. 52), a potem przewieziono „pod Grotę” (s. 52). I niebawem właśnie Carrel zaczął dostrzegać jej cudowne uzdrowienie, dokonujące się w ciągu około 3 godzin: „Nigdy w życiu nie widziałem nic równie niezwykłego. Jakże wstrząsające a zarazem błogie uczucie wywołuje ten widok życia powracającego do organizmu już niemal zżartego latami choroby. Poza wszelką dyskusją pozostaje fakt niezaprzeczalny – uzdrowienie bardzo ciężko chorej młodej dziewczyny. (…) Tak więc jestem wplątany w historię cudów!” (s. 61).

Cud po łacinie to miraculum (po angielsku i francusku miracle), od czasownika mirari – dziwić się, zdumiewać, zastanawiać. Cud budzi zdziwienie i w ten sposób staje się impulsem do głębszej refleksji nad światem, wychodzenia ku temu, co pozazmysłowe. To taki sygnał dla ludzi, że coś się w nich może uruchomić, jakiś proces duchowy, nowy etap podróży drogą wiary. Ot, jak choćby i teraz w nas, jeśli, rzecz jasna, wciąż jeszcze brzmi nam w uszach ten „gwizd lokomotywy”…

Z Bogiem!

(Hope)

Autor E. S.

2025-02-15

Więcej informacji z tej kategorii

Radio Nadzieja Odtwarzanie zatrzymane