Łomża 103,6 fm | Ostrołęka 93,9 fm | Grajewo 93,8 fm

Wiara: Moc bowiem w słabości się doskonali. Nawrócenie św. Pawła

Ramówka
Facebook
Twitter
Instagram

Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili,

ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią –

będą sobie mnożyli nauczycieli

(2 Tm 4,3)

W drodze do Damaszku Szaweł zostaje nawrócony (powołany), bo Jezus wychodzi mu naprzeciw w niecodziennym spotkaniu. A czy można wyobrazić sobie sytuację odwrotną, a mianowicie, że to człowiek, i to wcale nie entuzjasta, czy szczególnie obeznany z nauką Jezusa „prowokuje” Go, częstokroć nawet nieświadomie, by Jezus wyszedł mu na spotkanie, jak owa kobieta, która przyszła z mocnym postanowieniem, i nadzieją załatwienia sprawy po swojej myśli u niegodziwego sędziego? Zaproponowane poniżej spojrzenie na nawrócenie św. Pawła, de facto nasze własne, przyjmuje perspektywę „kuszeń” Pana Jezusa, w której kuszącym nie jest zły duch, ale poddany jego wpływom człowiek, reprezentowany tu przez pożądane przez ludzi role społeczne: polityka (socjalistę), intelektualistę (sceptyka), człowieka sukcesu (finansistę, bogacza). Człowiek kuszony i ten, który sam kusi, mimo całej jego pewności siebie i arogancji, jest zarazem człowiekiem rozpaczliwie szukającym gestu przebaczenia miłosiernego Ojca.

Głód chleba i prawdy. Apostoł Narodów

Ta napastliwość z wyżej przywołanego obrazu upartej niewiasty może mieć m.in. twarz… socjalisty – Nazarejczyku, jeśli jesteś Synem Bożym, to, spraw, by nie było ludzi głodnych chleba?! „Lecz Jezus im odpowiedział: Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść! Odpowiedzieli Mu: Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb. On rzekł: Przynieście Mi je tutaj! Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci” (Mt 14,16-21). A kto dziś słyszał o takich cudach? Nie zdarzają się?! Owszem, ale najpewniej nie zostały przewidziane w mądrości Bożej, dziś bowiem względem problemu głodu są w dyspozycji technologie i programy racjonalnego wykorzystania zasobów rolniczych, oraz… solidarność europejska z krajami rozwijającymi się, by sprawiedliwie opłacani pracownicy mogli jeść chleb do sytości. Tyle że bez ewangelicznej sprawiedliwości żaden system ustrojowy, tak w Europie, jak i na świecie, nie zapewni ludom i narodom godziwego dostatku. Jednakże nawet ewangeliczna sprawiedliwość na nic się zda bez więzi miłości przekraczającej doczesną egzystencję uczestników życia społecznego. Błogosławiony John Henry Newman, komentując fragment przypowieści o bogaczu i Łazarzu w kazaniu: „Cuda nie są lekarstwem na niewiarę”, pisze, że „jak bogacz możemy domagać się nadzwyczajności, ponieważ nie potrafimy odczytać «zwyczajnych znaków i ostrzeżeń Boga, które powinny nam wystarczyć». Problem polega na tym, że nie zauważamy cudów obecnych już w tym świecie, w prozie codziennego życia, i złudnie mniemamy, że nadzwyczajne znaki by nas nawróciły. „Czy zdumiewające wydarzenia, które przydarzają się tobie teraz, pozostawiają jakikolwiek trwały skutek w tobie? Czy wyrabiają w tobie jakiekolwiek trwałe nawyki? Jeśli tak, to nawiedzenie zmarłego spowodowałoby w tobie większy efekt. Lecz jeśli wydarzenia codziennego życia, które dzieją się teraz, nie prowokują w tobie żadnych trwałych rezultatów, i obawiam się, że tak właśnie jest, to zapewniam cię, że cud również nie spowodowałby w tobie żadnej trwałej zmiany”.

Jak socjalista (marksista, pozytywista, progresista, feminista etc.), który (nie zawsze) wierzy w naukę, a nie wierzy w Boga, może w ogóle szukać Go?! Pomijając fakt, że środkami naukowymi „udowodnienie” istnienia Boga jest niewykonalne, bo Stworzyciel nie jest elementem tej rzeczywistości, którą bada nauka jako taka, to z drugiej strony nie jest nieracjonalne Jego poszukiwanie na drodze innej, niż stricte naukowa. U granic nauki sprawa istnienia Boga ma się zgoła inaczej. Nauka, tytuł naukowy profesora, nie są przeszkodą w uznaniu rzeczywistości transcendentnej, owszem są naukowcy niewierzący w Boga, ale są również Jego gorliwi wyznawcy z najwyższymi tytułami naukowymi. Jeśli więc ów socjalista wierzy w naukę, to nie tyle nie wierzy w Boga, bo to przecież, jak się przyjęło, sprawa naukowo nierozstrzygalna, ale nie wierzy Bogu, mając o dziwo na poparcie przyjętej postawy, to m.in. przekonanie, że w czasach najlepszej prosperity Kościoła nie udało się mu zbudować systemu sprawiedliwego dla wszystkich, a było wręcz odwrotnie, Kościół (instytucjonalny) opływał w bogactwa, a lud wierny cierpiał niedostatki, by użyć w tysiącach powtarzanej prostej formuły forumowiczów niesprzyjających Kościołowi (szczególnie hierarchicznemu). Owszem, swego rodzaju sojusz tronu i ołtarza był faktem, ale takim, że podówczas charakter stosunków społeczno-politycznych, w tym będących w jurysdykcji Kościoła, określały akty prawne i tytuły idące od „tronu” władzy świeckiej. Nie da się zaprzeczyć że, również dziś, nawet pośród tych, co stoją najbliżej ołtarza, nieraz zdarza się ktoś, czarna owca, kto woli bardziej służyć mamonie niż Bogu, co rodzi paskudne konsekwencje, bo jak mówi Ewangelia: „Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie»” (Łk 16,13).

Święty Paweł, wykształcony Żyd, faryzeusz, gorliwiec. Człowiek, który w purytańskim zapale o wyznanie Mojżeszowe pałał żądzą zabijania chrześcijan, a po swoim nawróceniu, z nie mniejszym zapałem apostolskim głosił ludom ziemi Chrystusa zmartwychwstałego. Osiągał niebywałe sukcesy w zdobywaniu Żydów i pogan dla Królestwa Bożego, ale nigdy nie przypisywał sobie w tym zasług, a tym bardziej nie wyraził nawet najmniejszej sugestii, by jego imienia używać dla uwiarygodnienia wyznawanej nauki ewangelicznej, lecz doceniając zasługi innych apostołów i uczniów w szerzeniu Dobrej Nowiny, wskazywał Jego, Pana i Zbawcę, jako Tego, do którego należą wszyscy weń wierzący, bez względu na to, czyim słowem zostali wezwani. Sprawę obowiązywalności porządku Mojżeszowego wobec przyjętych do grona Kościoła pogan potraktował wyjątkowo ostro, do tego stopnia, że musiał się skonfrontować z samym Piotrem Apostołem, jednakże jej rozstrzygnięcie oddał w ręce Dwunastu i starszych Kościoła. To pokazuje, że św. Paweł kolegialność miał we krwi, co wraz z jego dziełem ewangelizacyjnym daje mu pełne prawo do tytułu Apostoła Narodów.

Błogosławieństwo cierpienia. Cierniowa droga św. Pawła

Innym razem ów człowiek mocujący się z Bogiem o prawdę, w tym o „dowód” Jego istnienia, może mieć twarz sceptyka czy ateisty. Jeśli jesteś Synem Bożym, to uczyń taki cud, żeby, wszyscy ludzie z wrażenia padli na kolana. Może to być wołanie sceptyka z głębi jego cierpienia, przez które stał się tym, kim jest, jak ów łotr na krzyżu, który szyderczo z dna swojej rozpaczy „żąda”, by Jezus zszedł z krzyża, uwolnił Siebie i jego. Mogą to być również twarze podobne tym spod krzyża, którzy kwestionowali mesjańską godność Jezusa: „Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go, potrząsali głowami, mówiąc: «Ej, Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, zejdź z krzyża i wybaw samego siebie!». Podobnie arcykapłani wraz z uczonymi w Piśmie drwili między sobą i mówili: «Innych wybawiał, siebie nie może wybawić (Mk 15,29-31). Cud nawrócenia za ustępującym ogromem czyjegoś cierpienia nie jest bynajmniej regułą, zresztą, jak każdy cud nie jest żadną normą, ale tajemnicą zdarzenia w planach Opatrzności. Częściej jednak bywa, że dokuczliwe cierpienie udręczonego pozwala mu w umęczonej twarzy naszego Zbawiciela dostrzec jedyną i ratującą jego życie iskrę nieśmiertelnej nadziei.

Jest, skądinąd piękne i poruszające, powiedzenie: cierpienie uszlachetnia. A iluż to z tych, którzy przeszli piekło Auschwitz, uszlachetniło się, o ile przeżyło? Tym bardziej wolno zapytać: ilu z tych, co trafili do owego obozu zagłady, jako ludzie niewierzący, w tym miejscu gehenny wiarę odzyskało, z tym samym zastrzeżeniem, co powyżej. Zupełnie na miejscu jest również pytanie z powyższym zastrzeżeniem: ilu wierzących, którzy nieszczęśliwie trafili do Auschwitz, wiarę utraciło? Odpowiedź na powyższe pytania jest niestety niemożliwa, z tej prostej przyczyny, że nikt takich badań nie prowadził. Pozostają odpowiedzi i wspomnienia szczęśliwców ocalałych z zagłady. Najczęściej ich życzliwy stosunek do wiary po przejściu oświęcimskiego piekła nie zmienił się, a raczej umocnił. Wniosek stąd płynący jest jasny – cierpienie człowieka wierzącego nie jest lżejsze czy łatwiejsze, ale z całą pewnością jako złączone z cierpiącym Chrystusem umacnia i udoskonala wyznawcę. Dramat człowieka nie polega na tym, że cierpi, ale na tym, że jest to cierpienie zmarnowane, niepotrzebne, odrzucone. Gdy brakuje miłości jako sensu cierpienia, staje się ono niemożliwe do udźwignięcia (Stanisław Biel SJ – blog).

Święty Paweł mówi, że dla imienia Pana: „Przez Żydów pięciokrotnie byłem bity po czterdzieści razów bez jednego. Trzy razy byłem sieczony rózgami, raz kamienowany, trzykrotnie byłem rozbitkiem na morzu, przez dzień i noc przebywałem na głębinie morskiej” (2 Kor 11,24-25). Paweł Apostoł oczywiście cierpienia nie szukał, ale też go nie unikał, jednak kiedy przyszło, dokuczliwe i dojmujące, prosił Pana o uwolnienie od niego. Nasz Zbawiciel dał mu zapewnienie o łasce, która pozwoli mu je podjąć, zmierzyć się z nim: „Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz [Pan] mi powiedział: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” (2Kor 12,7-10).

Dobrze ci będzie. Dole i niedole św. Pawła

Wreszcie tym prowadzącym spór o własną duszę z Bogiem może być także człowiek sukcesu. Wszyscy go znają, zaś wielu mu zazdrości, a on, wobec sprzeciwiającego się światu głosu Kościoła, bo szczególnie dotykającego wrażliwości jego sumienia, testuje Kościół w jego jedności, świętości i apostolskości. Rozgrywa więc (jeśli nie sam, to z udziałem powiązanych z nim, i często zależnych od niego, osób i instytucji) jednych synów Kościoła przeciw innym, wynosząc np. do urzędów i godności spretensjonowanych duchownych (porzucających stan kapłański), lobbując hierarchów, by na niwie Kościoła siać więcej i więcej… lawendy, promując odkrycia i ruchy wewnątrzkościelne kwestionujące sukcesję apostolską. Kiedy ktoś taki, na pewnym etapie własnego życia, spotka swego anioła stróża, czy to w osobie oddanego Kościołowi kapłana, czy przyjaciela z dawnych lat, zatopionego w miłości Chrystusa, wtedy ujrzy, jak Bóg pozwoli, swoją samotność i opuszczenia w świecie udawanej radości, pruderyjnej przyjaźni, interesownej wielkoduszności, zakłamanej miłości. Komu i czym się ów szczęściarz opłaci, by osiągnąć autentyczną radość życia? Kto ma dla niego słowa życia wiecznego – tylko On, Jezus Chrystus. Co jednak musi się stać, by szczęśliwiec głos Pana usłyszał?

Czy człowiek sukcesu będzie przejmował się czymś, o czym nieledwie domniemywa, że jest coś takiego, jak jego dusza, boć prowadzony przezeń sposób życia, mimo całego blichtru, jakim się otacza, to hołd złożony jego zwierzęcej naturze? W Ps 49 czytamy: „Człowiek, który żyje bezmyślnie w dostatku, podobny jest do bydląt, które giną”. Ci zaś, którzy mogliby mieć jakieś „ale” do jego życia, jak domniemywa, to raczej frustraci, którym nie powiodło się tak dobrze, jak jemu samemu, bo przecież wszyscy pragną mieć i używać tego świata bez żadnych ograniczeń, a nawet i bez hamulców. Biblijna podpowiedź o umiejscowieniu największego skarbu w naszym życiu: „Albowiem gdzie jest skarb twój – tam będzie i serce twoje”, zdaję się potwierdzać optykę człowieka sukcesu, bogatego, tak jak i jego serce, które niby czeluść bez dna nie zna granic swojej chciwości, dlatego Kohelet ostrzega: „Kto kocha się w pieniądzach, pieniądzem się nie nasyci; a kto się kocha w zasobach, ten nie ma z nich pożytku. To również jest marność” (Koh 5,9). Różnicę czyni tu owo pytanie z supozycją „gdzie jest twój skarb?”. Niektórzy zgromadzili takie zasoby waluty, niekiedy z krzywdą dla milionów zwykłych ludzi, że wydając je dwoma rękoma, nie starczyłoby im życia, by wydać ostatni banknot. Kto, albo co, może sprawić, że serce krezusa zmieni się, że zada on sobie pytanie: co jest moim skarbem, i czym on faktycznie powinien być? Raczej to rzecz niezwykła, by bogacz (człowiek sukcesu) się zmienił, bo łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi wejść do królestwa niebieskiego, ale nie niemożliwe (na szczęście!), jak konstatuje św. Augustyn, niejako puentując całe Pismo św.: „Stworzyłeś nas, Boże, dla siebie i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. Przemiana serca bogacza nie nastąpi za jakimś ewidentnym, zewnętrznym cudem – nie jest mi wiadome, a szukałem, aby ktoś zamożny niespotykanie zaczął zarządzać swoim majątkiem na rzecz ubogich, ujrzawszy na własne oczy cud eucharystyczny w Sokółce. Nota bene, niezależnie od ostatecznego uznania cudu sokólskiego, duchowe owoce już widać: umocnienie wiary, nawrócenie z nałogów, odkrywanie żywej obecności Jezusa w życiu codziennym, uzdrowienia fizyczne (Anna Gębalska-Berekets, „Aleteia”). Jeśli jednak szczęśliwie zmiana wybrańca losu nastąpi, to dlatego, że wydarzy się w nim cud wewnętrzny, np. zachwyci go widok zachodzącego słońca, obudziwszy w nim tęsknotę metafizyczną. Zmieni się ów człowiek, dostrzegłszy w twarzy żebraka oblicze Jezusa skazanego na drogę krzyżową. Coś zacznie w nim wołać i niepokoić w związku z (nie)przypadkowo usłyszanym czy przeczytanym cytatem z Pisma Świętego. A może będzie to czyjeś milczące świadectwo wiary, naznaczone np. posługą trędowatym (matka Teresa z Kalkuty).

Ów zwrot „dobrze ci będzie” pochodzący z Ps 128, w kontekście poprzedzającej wypowiedzi: „Szczęśliwy człowiek, który służy Panu i chodzi Jego drogami. Będziesz spożywał owoc pracy rąk swoich, szczęście osiągniesz”, zdaje się być w antagonizmie z tym, co spotkało św. Pawła za jego wierną służbę Panu. Ta niezgodność wynika stąd, że owo „dobrze ci będzie” ma tu zupełnie inne znaczenie, niż to, które my, współcześni zwykliśmy z nim wiązać. Późniejszy święty zmienia się po cudzie na drodze damasceńskiej, nim jednak owa przemian stanie się jego trwałą postawą, będzie przez trzy dni ślepy, niczym Jonasz we wnętrzu wielkiej ryby, by mieć czas gruntownie przemyśleć ostatnie wydarzenia. Tak gorące serce, jak Pawłowe, oddane świątyni, i świetnie wyrobiony umysł w Prawie, przy czułym zmyśle rzeczywistości, być może, wymagały właśnie takiego czasu próby, by oszołomiony Paweł nie znalazł sobie redukującego wyjaśnienia doznanego wcześniej widzenia, pozostając dalej przy swoim. Musiało wydarzyć się coś więcej, na głębszym poziomie życia Pawła z Tarsu. Wymagająco i miłosiernie przemówiło do niego Słowo, przynosząc mu łaskę przylgnięcia doń całym sobą. Wszystkie jego wzloty i upadki, zwycięstwa i porażki były przezeń odniesione i przeżyte w Chrystusie, jego Zbawcy (i naszym). Cała działalność św. Pawła była przedłużeniem działania Boga w świecie i historii. Pokora, to trzecie imię św. Pawła – „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,30).

Krajewski Zbigniew

Hits: 39

Autor P. G.

2022-01-25

Więcej informacji z tej kategorii