Konklawe 2013
Znakomita książka papieża Franciszka, której współautorem jest Carlo Musso, zatytułowana „Nadzieja: autobiografia”, w rozdziale siedemnastym (spośród wszystkich dwudziestu pięciu) odnosi się do konklawe z roku 2013. Ten rozdział, obejmujący kilkanaście stronic, nosi znaczący tytuł: „Pamięć i wstyd”. Mamy zatem pewien obraz ostatniego konklawe nakreślony nie na bazie przecieków i plotek medialnych, ale relacji samego papieża Franciszka. Widocznie musiał on uznać, że pewne informacje można i trzeba przekazać ku pożytkowi Ludu Bożego.
Na początku tego rozdziału Ojciec Święty dokonuje jakby ogólnego rachunku sumienia z całego swego życia: „Przez lata zdarzały mi się kryzysy, chwile bezczynności, grzechy, okresy światowego życia”. Rozdział natomiast kończy się prośbą do Boga o dobrą śmierć: „Niech to nastąpi, kiedy On zechce, ale proszę… jestem trochę mięczakiem, nie jestem wytrzymały na ból… Proszę… niech zbytnio nie boli”.
Jeśli chodzi o samo przygotowanie do konklawe, to w sobotę 9 marca 2013 roku Jorge Mario Bergoglio jako przedostatni z kardynałów wygłosił na kongregacji ogólnej swój mini-referat: „Była to krótka cztero- pięciominutowa wypowiedź. Jak dowiedziałem się w poniedziałek, spotkała się z zainteresowaniem słuchaczy”. Jeden z kardynałów, a mianowicie Jaime Ortega z Hawany (Kuba), już w trakcie konklawe poprosił o tekst tego przemówienia. „Nie miałem nic na piśmie, więc krótko w czterech punktach zrekonstruowałem to, co powiedziałem. – Och, dziękuję. Zatem zabiorę do domu papieską pamiątkę – powiedział. Byłem przekonany, że to żart. Kardynał Ortega zapytał mnie jeszcze, czy może rozpowszechnić tekst, a ja się zgodziłem”.
Kluczowe zdania w tym tekście były następujące (i to właśnie jest istota całej posługi papieskiej Franciszka): „Kiedy Kościół nie wychodzi z siebie, by ewangelizować, staje się autoreferencyjny i choruje. (…). W odniesieniu do następnego papieża: człowiek, który w kontemplacji Jezusa Chrystusa i w uwielbieniu Jezusa Chrystusa pomoże Kościołowi wyjść z siebie ku egzystencjalnym peryferiom”. Autoreferencyjność to inaczej duchowy narcyzm, światowość, koncentracja na sobie, a nie na Jezusie Chrystusie i Jego Ewangelii.
We wtorek 12 marca rozpoczęło się konklawe, pierwszego dnia możliwe jest tylko jedno głosowanie. „Wieczorem uczestnicy konklawe przystąpili do pierwszego głosowania, które zwykle ma niewiążący charakter. Głosuje się na przyjaciela, na osobę, którą się ceni… Dobrze znany i utrwalony mechanizm zakłada, że gdy jest kilku faworytów, niezdecydowani, tak jak ja, oddają swój głos na kogoś, o kim wiedzą, że nie zostanie wybrany. Są to głosy niejako odłożone na bok w oczekiwaniu na rozwój sytuacji i jej wyklarowanie. Ja także otrzymałem kilka głosów”.
Następnego dnia, 13 marca, przed południem odbyły się dwa kolejne głosowania: „Miałem świadomość, że sytuacja jest płynna, że jeszcze nic nie zostało przesądzone”. Ale w trakcie obiadu podszedł do niego jeden z kardynałów hiszpańskojęzycznych: „Czy Eminencji brakuje płuca? – zapytał. – Ależ skądże. Usunięto mi jeden z górnych płatów, ponieważ miałem trzy torbiele. – A kiedy to było? – Dawno temu, w 1957 roku – odpowiedziałem. Kardynał zaczerwienił się, przeklął, zacisnął zęby i wymamrotał: – Och te manewry w ostatniej chwili!”
Po południu rozpoczęło się czwarte głosowanie. „Kiedy miałem 69 głosów, zacząłem rozumieć, co się dzieje. Aby mieć większość, trzeba było dostać 77 głosów na ogółem 115, czyli mieć poparcie dwóch trzecich wszystkich kardynałów”.
Nastąpiło piąte głosowanie, tego samego popołudnia. „Kiedy jednak, jeszcze przed liczeniem głosów, policzono karty do głosowania, okazało się, że jest o jedną za dużo. Ktoś otrzymał zamiast jednej dwie karty, które skleiły się ze sobą. (…) Trzeba było powtórzyć głosowanie. (…) Nawet bez odczytywania zapisanych nazwisk wszystkie karty spalono”.
Wreszcie odbyło się powtórzone głosowanie piąte. „Kiedy po raz siedemdziesiąty siódmy usłyszeliśmy moje nazwisko, rozległy się oklaski. Odczytywanie kart trwało jednak nadal. Nie wiem dokładnie, ile w końcu otrzymałem głosów. Nie usłyszałem, gdyż gwar w kaplicy zagłuszał głos skrutatora. Podczas gdy kardynałowie bili brawo, nadal odczytywano nazwiska”.
I teraz uwaga: „Wstałem i poszedłem uściskać kardynała Scolę. Zasłużył na to. Liczenie głosów dobiegło końca. Było już po godzinie dziewiętnastej”. Czyli chyba wiemy, kto był drugi, nieprawdaż? Angelo Scola z Włoch (arcybiskup Mediolanu), faworyt mediów przed konklawe.
Papież Franciszek jeszcze wspomina, że po „Habemus papam” i jego ujawnieniu się wszystkim wiernym na Placu św. Piotra (i, rzecz jasna, przed telewizorami), Cristina Kirchner, ówczesna prezydent Argentyny, miała powiedzieć: „- Kto tego papieża zrozumie? Kiedy był w Buenos Aires, miał twarz.. (tu padło niecenzuralne słowo), a teraz uśmiecha się do całego świata!”
Z Bogiem!
(Hope)









